+ A A - wcag-contrast-on
icon facebook icon youtube icon instagram icon bip
Biblioteka Rawicz

DKK Dyskusyjny Klub Książki Recenzje

Data publikacji: 2022-04-11

„Tokio. Opowieści z Dolnego miasta” Piotr Milewski
październik 2024

Drukarz, wytwórca tofu, fryzjer bossa yakuzy, wróżbita, kapłan buddyjski, bezdomny.
Co ich łączy? Nic nadzwyczajnego. Wszyscy mieszkają w dawnym Dolnym Mieście.

Tokio, to dawne Edo i jedna z największych metropolii na świecie. Miasto to ma mieć wiele twarzy.          Od samego początku, bo na przełomie XVI i XVII wieku, miasto było podzielone na dwie części: na Shitamachi, czyli Dolne Miasto i Yamanote, czyli Miasto na Wzgórzach.
To pierwsze było niewielkie, plebejskie. Zamieszkiwali je rzemieślnicy, kupcy, tragarze, artyści
i kurtyzany. To drugie bardziej dostojne było siedzibą arystokracji i duchownych buddyjskich. Przez lata zatarły się granice pomiędzy obiema częściami, ale mieszkańcy dawnego Dolnego Miasta wciąż jeszcze zachowują pamięć i tradycje sprzed wieków.
Autor po takim mieście chce nas oprowadzić. Jest człowiekiem, który miał studiować
w Poznaniu, Wiedniu, Pasawie, Filadelfii, Sapporo i Otaru. Dziesięć lat spędził w Japonii. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego…
/ Światły człowiek, chciałoby się powiedzieć. /
Zaprasza nas w podróż po Tokio, którego podobno nie opisują przewodniki. Japońska stolica to miasto, które nieprzerwanie się zmienia. Ma być wielkim placem budowy. Giną tu starsze budynki, a nawet całe dzielnice, by na ich miejsce mogły powstać nowe. Tutaj, bo pod „powierzchnią” trzeba szukać serca tego miasta. Większość ulic biegnie w tym samym miejscu, w którym były wcześniejsze ulice. „Oznacza to,      że zmienia się sceneria, kontury i dekoracje, lecz wnętrze, dusze, klimat tych miejsc i ludzie zdają się tu nieprzerwanie trwać. Dusze miasta mają tworzyć sami mieszkańcy. To oni, z własnej woli albo z przymusu, kontynuują tradycje, chronią przekazywane z pokolenia na pokolenie: wiedzę, doświadczenia, relacje i zwyczaje. To oni tworzą, to miasto. Sprawiają, że nieustannie przeobrażając się, pozostaje sobą: wyjątkową, niepowtarzalną i niedającą się opisać w kilku słowach metropolią, która nieustannie się odradza, przepoczwarza, trwa siłą myśli, woli, emocji, wspomnień i czynów. Czy tak jest lepiej? Nie wiem. Bo może, w myśl naszego powiedzenia… „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”.    Ale tak tam jest.
„Shatamachi zwykło uważać się za konserwatywne, szorstkie, niekiedy nawet gburowate, Najmocniej doświadczało kataklizmów. Powodzie i trzęsienia ziemi naruszały konstrukcje domów. Ale to tutaj kwitło wszelkie rzemiosło. Yamanote uważa się za wyszukane, wykwintne, wyrafinowane
i bardziej otwarte na świat”.
Poprzednim światem łatwiej można było sterować, tym bardziej, że tam budynki były drewniane. Szybko płonęły, a z nim cały ludzki dobytek. Często z ludźmi włącznie.
Razem z Panem Piotrem możemy podążać: wąskimi alejkami, przez targi rybne, dzielnice czerwonych latarni, warsztaty rzemieślnicze, dawne miejsca egzekucji, świątynie i chramy, w których odbywają się słynne festiwale. Razem z autorem możemy odkryć nieznany nam świat. Odległe zakątki naszego globu, ich historie, zwyczaje, kulturę. Autor opowiada nam o mieście, którego odkrywanie daje nam o nim rozległą wiedzę. Będzie z nami chodził i tu, i tam, aż znajdziemy się w miejscu, gdzie są łaźnie. Czystość w tym mieście nie tylko jest higieniczna, ale również i rytualna. Łaźnia była jednym z najważniejszych miejsc. Poza usługami „dam kąpielowych” można było jeszcze skorzystać z takich usług, jak szorowanie    i masowanie pleców. Mężczyźni też tam pracowali. Pobierano opłaty za wstęp do tego miejsca.
Nigdy nie byłam w Tokio i z całą pewnością nie będę. Dla mnie, to niezrozumiały świat. Nie potrafiłabym się w nim odnaleźć. Nie wierzę wyłącznie w dobrych ludzi. Dobrzy wyginęli. Im zawsze jest i było pod górkę. Nie lubię jeździć, a przynajmniej nie tak daleko. Nie tam, gdzie lubią być trzęsienia ziemi, ale dzięki tej lekturze i ja mogłam tam się znaleźć. Mogłam poznać historię tego miasta, a przynajmniej jego mieszkańców. Tych, którzy od wielu lat, a nawet od wieków tworzą tę barwną społeczność.
Autor swobodnie opowiada o niezwykłych miejscach. Widocznie lubi opowiadać i... dużo tutaj japońskich wyrazów, a ja z japońskiego, to jestem „ogromne” nic... To jest książka dla koneserów
i dla tych, którzy tam wyjeżdżają albo już tam są.. Dzięki tej książce moja wiedza o Dolnym Mieście stała się bogatsza.
Przyznaję. Nie lubię reportażu, nie przepadam za nim, ale przeczytałam. To jest książka dla fanów tego gatunku. Jak mogłam jej nie przeczytać? Skoro tę książkę miałam u siebie w domu. Żadnej staram się nie odpuścić. Nawet takiej.
Władysława Kicińska
DKK Rawicz

"Opowieść o miłości i mroku" Amos Oz
wrzesień 2024

Opowieść o miłości i mroku Amosa Oza (ur.1939) to historia kilku pokoleń jego rodziny na Litwie i Ukrainie oraz po przybyciu do Palestyny…
Przede wszystkim jednak jest to opowieść o latach dzieciństwa, które autor spędził wraz
z rodzicami na przedmieściach Jerozolimy.
To opowieść – wyznanie. Amos Oz po raz pierwszy odsłania niezabliźnioną ranę, jaką było dla niego samobójstwo matki, które popełniła, gdy miał dwanaście lat…
Książka Amosa Oza to opowieść o dzieciństwie izraelskiego pisarza, o jego życiu w kibucu Chulda.      Jest też o historii rodziny Klausnerów i Mussamanów. Tematem przewodnim w tej biograficznej powieści jest tutaj matka, która popełniła samobójstwo w wieku 38 lat. Amos miał wtedy 12 lat. Autor próbuje się dopatrzeć przyczyn jej desperackiego kroku. Czy mu się uda...?
Opisuje mroczne mieszkanie na przedmieściach Jerozolimy. Ciemne i ciasne. Może przez tę ponurość      i ciemność czaiły się w nim jej demony? Autor kończy zapisem ostatnich dni i godzin
z jej życia.
Pozytywne tutaj jest to, że mają u siebie tyle książek. Ojciec czyta w szesnastu albo w siedemnastu językach. Mówi jedenastoma z rosyjskim akcentem. Matka mówiła czterema lub pięcioma, a czytała         w siedmiu albo w ośmiu.
Kiedy oboje nie chcieli, by dzieciak rozumiał o czym mówili, to rozmawiali po rosyjsku albo po polsku. Jakiś czas temu gdzieś słyszałam, że przynajmniej jeden dzieciak z żydowskiej rodziny musiał wysoko  się uczyć. Ile w tym prawdy? Nie wiem. A u nas…? Kablować nie będę, bo i po co. Było, minęło... Wystarczy przeczytać „Chłopki” Opowieść o naszych babkach Joanny Kuciel- Fredryszak.
A przyjaźń? Czy coś takiego pomiędzy ludźmi jest możliwe? Nie potrafię uwierzyć. Kolega lub przyjaciel kupuje wszystkie trzy książki napisane przez ojca autora, a mógłby sobie za nie kupić ubranie na zimę. Czyż nie tak?
Tak się tam wspierają? Nie są w stosunku do siebie złośliwi? Nie zazdroszczą swojemu bliźniemu...?    Dla mnie coś takiego jest niepojęte? U nas często przeszkadza sąsiadom pełna torba foliowa.
Tutaj by mogło być takie co nieco.
„ Proszę nie składać wizyt między czternastą, a szesnastą”. (str.57)
Dziękuję
My powinniśmy napisać.
„Co ona takiego w niej ma, w tej foliówce...? Bo nie jest gruba”.
Ale napiszmy.
„Nie przesiaduj nieustannie z kumoszką na ławeczce pod domem, to nie zobaczysz pełnej foliówki”.
Stokrotnie dziękuję!
Książka Amosa Oza jest pouczająca. Dlatego ich tak nie lubimy, bo „coś” ważnego albo mądrego
w sobie mają...? Nie wiem. Zwyczajnie tego nie rozumiem. Pojąć tego też nie potrafię.
W swojej powieści autor tworzy obraz chłopca różniącego się od swoich kolegów. Przy tym bardzo wrażliwego, oczytanego, żyjącego w swoim świecie. Wystarczą mu książki i samotne zabawy. Wtedy może uruchamiać swoją wybujałą wyobraźnię.
Autor włącza tu fragmenty utworów innych pisarzy albo odwołuje się do własnej twórczości.
Obydwie rodziny miały szczęście, bo zdążyły wyjechać z Europy. Uniknęły tragedii Holokaustu.
Brat ojca pisarza pozostał z rodziną w Wilnie. Zginęli w Getcie.
Rodzi się państwo izraelskie. Wybuchają konflikty z Arabami. Można tu poznać losy Żydów,
którzy pragnęli stworzyć swoje państwo i żyć w nim, w spokoju. Część chciała żyć w kibucach.
Stworzyć wspólnotę. Chcą wierzyć, że wreszcie są u siebie.
Mamy tutaj rozmowę z Effraim.
„ … To bardzo proste, jeśli nie tu, to gdzie w ogóle jest ojczyzna narodu żydowskiego? Na dnie morza?  Na księżycu? A może spośród wszystkich narodów świata tylko Żydzi nie mają prawa do kawałka własnej ziemi?” (str. 487)
„ Wtedy, w czterdziestym ósmym wybuchła straszliwa wojna i oni sami postawili sprawę na ostrzu noża: albo oni, albo my. A myśmy zwyciężyli i odebrali im ziemię. To żaden powód do dumy!” (str.488)
Nie jestem wszechwiedząca, ale może religie tutaj mieszają? Dla mnie coś takiego jest niepojęte, żeby jakiś naród nie miał swojego miejsca na ziemi. Nie może żyć z innym narodem, tylko ciągle jest potępiany. Za co, za swoich przodków? Wciąż jeszcze nie potrafię zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi? Zrobiłam się taka tępa...?
Warto zajrzeć na... (str. 562)
„W hierarchii wartości rodziców pisarza wszystko, co bardziej zachodnie, uchodziło za bardziej kulturalne: ich rosyjskiej duszy bliscy byli Tołstoj i Dostojewski, ale mimo wszystko przypuszczam, że Niemcy – pomimo Hitlera – wydawały im się bardziej kulturalne niż Rosja czy Polska; Francja – bardziej niż Niemcy. Wyżej jeszcze niż Francja stała w ich mniemaniu Anglia”.
„Ameryka...W Ameryce strzelali do Indian. Obrabowywali pociągi pocztowe, grabili złoto i polowali na młode kobiety”. (6 str.)
Smutne to, czyż nie tak?
„ Myślisz, że prosty lud jest taki wspaniały? Prosty lud jest tak samo głupi, jak królowie”.
( str. 212)
Wielcy tego świata wysyłają swoich ludzi na pewną śmierć. Wybijają w pień inne narody. Przy tej okazji również swoich ludzi. Zamiast siedzieć na własnych włościach i budować dla swojego narodu lepszą przyszłość, to oni robią wszystko, by nas ludzi unicestwić. Przy okazji unicestwiają
własnych obywateli. Ja się pytam. Po co, to robią? Komu coś takiego jest potrzebne?
„ ...naziści może i zostali pokonani, ale wszędzie nadal szaleje antysemityzm”. „Świat cynicznie popiera Arabów ze względu na ropę, rynki zbytu i interesy”. (str. 27)
Jak na to wszystko dokładniej popatrzeć, to człowiek w tym wszystkim się nie liczy. To po co u licha        są pieniądze? Pieniędzmi za ropę też można płacić. W ogólnym rozrachunku ciągle mamony i tak nam brakuje. Czy jej kiedykolwiek wystarczy? Czy kiedykolwiek będziemy mieli jej dość? Ile by jej nie oszczędzić, to i tak ciągle nam jej mało.
Często się dziwiłam, dlaczego Żydów się nie lubi. Przecież też mają: ręce, nogi, głowy tak samo jak my, myślałam.
„ Nie lubiano Żydów za to, że są inteligentni, zdolni, że się wybijają, że robią dużo szumu i są przemądrzali”. „ Żydki precz do Palestyny”. Gdy się przenieśli znowu podniosło się larum. „Żydki precz     z Palestyny”. ( 8 str.)
To gdzie u licha mają pójść? Gdzie ten naród w spokoju w końcu zostawią.
„Tylko książek mieliśmy; zatrzęsienie, bezmiar”.
Też tak bym chciała, ale tak fajnie nie mam.
Książki były dla ojca autora wszystkim. Były bardzo cenne. A dla babci ważna była walka z mikrobami. Taka była z niej czyścioszka. Toczyła z nimi nieustanną walkę. Owoce i warzywa gotowała. Chleb przecierała wilgotną ściereczką zanurzoną w różowym roztworze chemicznego środka do dezynfekcji.   Czy coś takiego jej, albo jej rodzinie pomogło? Zdaje się, że nie, ale tak robiła. W końcu umarła, ale od przesadnej higieny, a nie na zawał. W tym miejscu można powiedzieć, że co za dużo, to też niezdrowo,  bo coś takiego co robiła, to była, jakby taka walka z wiatrakami.
Książkę warto przeczytać, chociażby po to, by się przyjrzeć w jaki sposób ojciec wychowuje swojego syna. Nie katuje go, nie bije, nie polewa zimną wodą, a jednak coś osiąga... (str 300 – 306 )
Do jakiej szkoły chodził? Czy coś takiego należy polecać? (str. 328 – 331)
Na (str. 356 ) mamy małą dygresję. Tutaj autor karze nam szerzej otwierać oczy. Mamy przestać wierzyć w pokój, bo... Pokój na zawsze nie jest nam dany... Przyjdzie taki czas, że znowu go zniszczą.
Chciałabym wiedzieć po co tak się robi? Kto w takim razie miesza, by ciągle się zarzynali.
A przecież jest tyle religii. Nie ma w nich Boga? To gdzie Bóg jest? Mamy tutaj opowieść
o tym co zrobiły ojcu i jego bratu Dawidowi jakieś wyrostki na ulicy w Odessie i jak mu dokuczyli młodzi goje w polskim gimnazjum w Wilnie. To samo zrobili dziadkowi Aleksandrowi, bo przyszedł do szkoły domagać się ukarania winowajców. Nauczyciele widzieli co się dzieje i nie kiwnęli palcem. (str, 395, 399, 410)
Amos Oz i inni pisarze, tyle się napocą i co z tego wynika? Wielkie nic. Nasz świat i tak kręci się po swojemu. Smutne to, ale prawdziwe...
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

"Shuggie Bain" Douglas Stuart
sierpień 2024

„Młody Hugh Bain, zwany przez wszystkich Shuggiem, to samotny chłopiec, którego dzieciństwo przypadło na trudny okres lat osiemdziesiątych w robotniczym Glasgow i który mimo starań nie potrafi sprostać oczekiwaniom swojego otoczenia...”.
Jego matka, Agnes Bain, chciała od życia czegoś więcej, ale jak większość kobiet trafiła ze swoim wyborem, jak kulą w najbliższy płot. Jej mąż lubi się oglądać za spódniczkami. Któregoś dnia wywozi kobietę razem z dziećmi i zostawia w górniczym mieście. Odtąd Agnes swoje smutki i frustracje topi         w alkoholu.
Po co to robi? Chciałoby się powiedzieć.
Kobieta pije. Tatuś baluje, a dzieci zostawione są same sobie. Na jej dzieciach spocznie obowiązek uratowania rodziny, w tym własnej matki. Bliscy kolejny raz ją opuszczają. Zostaje z nią tylko Shuggie. Tylko najmłodszy syn wciąż jeszcze wierzy w matkę. Walczy o nią do końca. Chłopiec ze wszystkich sił stara się, by jej pomóc, ale uzależnienie od alkoholu przyćmiewa jej umysł.
Autor opowiada o niemocy i ogromnej rozpaczy. Ale co taki dzieciak może zrobić? Skoro oso-ba dorosła tego nie potrafi, tylko dla siebie pomocy szuka w alkoholu.
Dla Douglasa wszelkie złe wątki, jakie zazwyczaj pojawiają się w naszym domu, w naszych rodzinach uważa za dramaty. Według autora łączy się to z problemami społecznymi. Czy aby na pewno? W tym przypadku dotyczy on wszystkich osiedli robotniczych Glasgow.
W latach osiemdziesiątych, za rządów Margaret Thatcher pozamykano duże zakłady pracy,                       a pracowników wyrzucono na bruk. Nikt z dorosłych nie wierzy w jakąkolwiek zmianę na lepsze. Ale wierzy Shuggie Bain. Osamotniony chłopiec, ośmieszany i wytykany palcami przez otoczenie, zdaje się nie przejmować tym, aż tak bardzo, ale za wszelką cenę chciałby ocalić matkę, alkoholiczkę. Chłopiec bardzo ją kocha. Zrobi dla niej wszystko. Dzieciak nie rozumie, że tylko ona sama może siebie uratować. Nikt za nią tego nie zrobi. Czy kobieta oczekuje od niego, aż takich poświęceń?
Są tu sceny trudne do uniesienia. Gniew dorosłej kobiety i bezsilność dziecka, które pragnie ten gniew ugasić. Brak ojca i świadomość tego, że on sam musi wziąć odpowiedzialność za jej życie, bo nikt obojgu nie pomoże.
Mocno brzmią tu słowa Agnes. „Dlaczego wszystko w życiu musimy po prostu biernie przyjmować?”.  Autor przygląda się tej bierności. Każdej formie życia, każdemu niezrealizowanemu szczęściu. Wszechobecnej sadzy, brzydkim mieszkaniom, ludziom, którzy na nic nie mają nadziei. Nie chce im się nawet ładnie wyglądać ani mówić ładnym językiem. Jedynie Agnes ładnie wygląda. Dlaczego? Bo jest tu nowa, ale wkrótce i ona dołączy do pozostałych. Będzie stała z podniesioną głową po zasiłek socjalny.
Nawet zapić na śmierć się nie mogą. Dlaczego? Strasznie długo będzie to trwało, bo tak mało jest tej mamony, którą od państwa dostają. Ludzie są bierni. Bardzo trudno się „wybić”, gdy w czymś takim od dziecka, a nawet z pokolenia na pokolenie się wzrastało. Przywykło się. Nie widzi się nędzy, przemocy      i wszelkiego upodlenia, bo w nim, w tym nieszczęsnym bajzlu od za-wsze się tkwiło i wzrastało. Mamy tu sceny trudne do uniesienia. Gniew dorosłej kobiety i bezsilność dziecka. Malec dorasta pośród wszystkiego co dla człowieka jest najgorsze. Ojciec jest nieobecny. Matka alkoholiczka i dorastający syn tej dwójki. Ten malec musi wziąć odpowiedzialność za życie matki i za jej postępowanie. Wokoło jest tyle ludzi, czy mu ktokolwiek pomoże? Akurat. Pozostali pomocy też potrzebują. Też biernie na nią czekają? Zdaje się, że tak.
Mamy tu świat ludzi, którzy dzielą go na katolicyzm i protestantyzm. Na większy lub mniejszy poziom agresji. Ale łączy ich jedno. Poczucie beznadziejności własnego życia, ale trzeba bardzo się starać, by być człowiekiem. Przynajmniej próbować kochać rodzinę i swoich bliźnich, okazywać im troskę i wierzyć, że jednak coś można w swoim życiu zmienić.
Agnes jest niedostosowana do życia, do sytuacji, w której tak nieoczekiwanie się znalazła. Jej alkoholizm jeszcze to pogłębił. Jest bezradna wobec siebie i tego co ją otacza. Nie tylko alkoholizm jest tu nałogiem. Dużo gorsze, a nawet groźniejsze jest tu poczucie, że jest się tym gorszym. Kimś takim kim można gardzić i tym kto gardzi samym sobą. Nie ma stąd jakiegokolwiek wyjścia? Z całą pewnością jakieś jest, tylko gdzie go szukać? Ale czy wszyscy starają się podjąć jakąkolwiek próbę ucieczki z tego miejsca? Akurat...
Suggie usiłuje znaleźć inne opcje niż to, że trzeba się dostosować albo stamtąd czym prędzej uciekać. Chłopiec nieustannie musi się mierzyć z tym, co powinien wybrać. Ale to jeszcze mały dzieciak. Nie ma wiedzy szkolnej ani solidnych muskułów, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że „wiesza się” na nim, na takim małym dziecku, na jego wątłych barkach własna matka, która nieustannie jest zapijaczona. Pozbawiła chłopca beztroskiego dzieciństwa i prawa do bycia pod opieką dorosłych. Ten mały człowiek ma wesprzeć własną matkę, a jej świat nieustannie jest zamroczony. Ale... W tym małym chłopcu płynie ogromny żar. Wielka miłość do matki. Kocha ją na przekór wszystkim i wszystkiemu co go otacza               i wszelkim przeciwnością marnego losu. Mimo odrzuce-nia i niemocy. Całe życie ten malec będzie się wstydził tego w czym żył.
Ale... Nie ten chłopiec powinien się wstydzić, tylko ludzie dorośli. Bo to oni oboje są winni. Oboje opuścili własne dzieci. Matka zawiodła. Powinniśmy jej współczuć. Z jednej strony zawiodła na całej linii, bo nie potrafiła zadbać o siebie ani o dzieci, które kolejno od niej odchodziły. Chciały się wyrwać z tej beznadziei, głodu i ubóstwa. Nie dla niej był nudny mąż i nudne życie, to też możemy zrozumieć, bo nie każdą osobę można zdzierżyć z jej fanaberiami. Odjeżdża razem z dziećmi i z drugim mężem. A ten zostawia ją razem z dziećmi w tej szarej, ponurej dziurze.
Wkrótce drugi mądrala czmycha od rodziny, bo Agnes nagle przestała mu się podobać. Inne mu „zapachniały”. Od własnej żony inne były lepsze. Zwykle tak jest, że inna, bo jest nowa albo kolejna,       od domowej kury zawsze będzie lepsza. Pytam?! Po co mu to było? Skoro tak lubił latać z kwiatka na kwiatek. Po co mu była żona i kolejne dziecko? Według mojej wiedzy te inne wcale niebyły od tej domowej lepsze, tylko bardziej: cwane, chciwe a nawet chamskie. Potrafiły nieźle udawać i robić ślubnego mądralę w trąbę, w niezłego konia. Nie wszystkie tak potrafią, nie wszystkie takie są.
Ale panowie już tak mają. Czy faceci od kobiet są lepsi? Jest za kim płakać? Nie ma nad czym rozdzierać szat. Razem ze ślubem spadają im z nosa różowe okulary. Domowa kobieta przestaje im się podobać. Jakby mogło być inaczej. Wszystkie inne od tej domowej są lepsze, są mądrzejsze, tylko nie ta domowa. To po co ją sobie wziął? Po co było się śpieszyć? Wiemy dlaczego, ale potem... Nie widzi cwaniaczek tego, że on sam nie jest ani mądry, ani piękny, bo ma łysinę i pokaźny brzuch, którego żaden kulturysta mu nie pozazdrości. Nie jest też forsiasty. Zrobić niewiele potrafi, chociaż coś tam nieustannie dłubie albo ciągle go za czymś gdzieś nosi. Ale w swoim własnym przekonaniu, to on jest ten mądry i ten wspaniały. Ona nie. Bo ona jest ta be...
Bardzo dziwię się Agnes. Biedna… Potrzebny jej był nowy mąż? Potrzebne jej było, to całe chlanie? Akurat. Powinna dziękować Bogu za tego małego chłopca. Bo tylko on jeden w tym całym „kramie” był coś wart. Cała reszta, to nic, a nic...
Pozostali z niej się śmiali, zamiast podać nieszczęsnej rękę. Śmiać się z kogoś jest dużo łatwiej niż bliźniemu pomóc, bo gdyby temu komuś pomogli, to przy ich pomocy przypadkiem mógłby się na coś fajnego wybić.
Autor jest tu bohaterem. Tyle biedaczysko przy swoim dziele się napocił. Agnes mogła zrobić dokładnie tak samo. Mogła opisać swoje życie z jednym mężem, a potem z drugim. Trzeciemu panu też byłoby strasznie łyso, gdyby wielką pisarką została, a oni w trójkę, by zostali głównymi bohaterami jej dzieł.
Trzeci pan byłby w tym wszystkim najważniejszy. Bo to on skłonił ją do ponownego picia, a później ją zlał. Panowie byliby bohaterami, ale niezbyt fajnymi. / Ale ona wolała zaglądać do kieliszka/. Temu trzeciemu należał się ogromny „order”? No... Może na początek taki z brukwi. Nie wiem, nie mam bladego pojęcia  po co jej był ten trzeci, mądrala. „Napij się jednego. Chlapnij sobie…”.
Zamiast mu czymś przylać i pójść od niego w diabły, to sobie chlapnęła i na nowo się zaczęło.
Miłość do drugiej osoby zwykle bywa ulotna. Szybko się kończy. Nic po niej fajnego nie zostaje.                U Agnes też nie zostało, tylko ten mały okruszek, jej syn. A może miłości w ogóle nie ma, tylko poeci o niej nieustannie „ćwierkają”. Bo i tak być może...
Władysława Kicińska
DKK Rawicz

"Zanim wystygnie kawa" Toshikazu Kawaguchi
lipiec 2024

W „Zanim wystygnie kawa” spotykamy cztery osoby, z których każda ma nadzieję skorzystać z tej oferty. Ktoś chce się skonfrontować z dawną miłością, ktoś powrócić do czasów sprzed utraty pamięci, zobaczyć się z siostrą, spotkać córkę, której nigdy nie było okazji poznać”.
Mała kawiarnia w Tokio pozwala swoim gościom na podróż w czasie. Pod warunkiem, że wrócą, zanim wystygnie kawa.
Powieść składa się z czterech rozdziałów.
Kochankowie
Mąż i żona
Siostry
Matka i dziecko
Cztery podróże w czasie są możliwe, ale są regulowane przez szereg zasad. Wydarzą się w jednej           z tokijskich kawiarni pod warunkiem, że kiedyś te osoby już ją odwiedziły. Inaczej taka podróż nie miałaby sensu, i muszą wrócić do teraźniejszości zanim jeszcze wystygnie kawa. Kawiarnia, która przenosi ludzi  w przeszłość chciałaby coś naprawić, ale teraźniejszości i tego co minęło już się nie zmieni. Niezależnie od tego, czy ktoś przeniesie się w przeszłość, w przyszłość, czy w teraźniejszość, to i tak niczego nie da się zmienić. Są tu jeszcze inne zasady. Jest jedno krzesło, tylko na nim siedząc można się przenieś         w czasie. Ale bardzo ważne, a nawet najważniejsze jest to, że siedzący na nim wrócą do teraźniejszości  i będą odmienieni.
A może nie o to chodzi. Według mnie, siedząc na tym jednym krześle będą rozmyślali nad swoim minionym życiem. Nad tym, co w nim było dobre, a co złe. Ale... było, minęło. Teraz na wszystko już jest za późno. A może nie... Bo mogą tu faktycznie działać jakieś duchy z dalekich zaświatów. Inaczej jedna    z tych osób, by nie dostała listu z którego się dowiedziała, by na siłę nie dzieliła życia z mężczyzną, który jej nie pamięta, bo ma alzheimera, a inna, która po śmierci siostry, a ta /zginęła w wypadku samochodowym/ wróciła do rodzinnego domu, by pomóc swoim starym rodzicom. Porzuca swój dobrze prosperujący bar, by pojednać się z rodziną. Odbudowuje relację z dawno porzuconą rodziną i uczy się od zera, jak zarządzać tradycyjnym zajazdem....
Niestety, ale taka jest literatura japońska. Trzeba nam się przyzwyczaić do tego rodzaju pisarstwa. Powieść jest napisana z myślą, o wystawieniu jej na scenie. Tak myślę. Ważne, by nasze myślenie stało się inne. A dialogi? Jak to dialogi. Tak czy siak powieść zasługuje na uwagę. A może, to tylko taka reklama tej niewielkiej kawiarni? Bardzo chciałabym, to wiedzieć, bo być może się mylę.
Władysława Kicińska
DKK Rawicz

"Maki" Kacper Pobłocki
kwiecień 2024

Autor jest rodowitym Poznaniakiem. Urodził się we wrześniu 1985 roku. Jest kucharzem, człowiekiem władającym wieloma językami, w tym łaciną klasyczną. Do tego wszystkiego ratownik wodny oraz medyczny, budowlaniec, muzyk, gawędziarz, wieloletni misjonarz świecki, prawie ksiądz. Mąż i ojciec czwórki dzieci. Ma być; bezpośredni, szczery. Relacje, które zawiązuje są pozbawione fałszu.
Autor w Makach ukazuje górę ludzkich ciał. Jęki braci. Ktoś liczy trupy. Dogorywanie pod ich zwałami. Pozostali, jak takie bezmyślne „roboty” wykonywali narzuconą im pracę. Czyli „sprzątanie” ludzkich zwłok. Biciu i krzykom nie ma końca. Cichym modlitwom też. Zwyrodnialcy wyżywają się nad swoimi bliźnimi.
Szema Israel, Adonaj Elohejnu Adonaj Echad,
Baruch szem kewod malchuto leolam waed.
Słuchaj Izraelu, Pan Jest Naszym, Bogiem Panem Jedynym.
Niech będzie błogosławione Jego święte Imię na wieki”, (hebrajski )

„Pomysł założenia wydawnictwa AMDG - Pietrzak / ma być wynikiem splotów wydarzeń
związanych z powstaniem książki pt. „Maki” i spisywaniem doświadczeń głównego bohatera – Moryca. Zrodził się przez fenomen przebaczania i miłości do nieprzyjaciół, którymi Moryc emanował, a który „niósł” Pawła w chwilach jego życiowych trudów”. Zmaga się z chorobą Parkinsona.
Książka jest owocem jego spotkania i rozmów z byłą esesmanką oraz z byłym więźniem niemieckiego koncentracyjnego obozu śmierci i zagłady Auschwitz – Birkenau. To historia pewnego Żyda, który przez trzy i pół roku przebywał w obozie Oświęcimskim i wykorzystywał każdą chwilę na szukanie przebaczenia wobec oprawców. Zanurzona jest w duchowości judaizmu, w sferze ludzkiej, bo wewnętrznej. Moryc, główny bohater horrorystyczne doświadczenia komentuje swoimi duchowo emocjonalnymi przeżyciami     i wspomnieniami. Chce w ten sposób „uciec” z obozu pomimo przebywania w jego centrum. „Maki" to książka mocna i trudna. Niełatwo przyswaja się jej treść. To przejmujące świadectwo ocalenia swego człowieczeństwa przed rozpaczą, rezygnacją i nienawiścią – w nieludzkim cierpieniu, w arcytrudnych warunkach obozu śmierci. To opowieść o promieniowaniu miłości, praktyczna lekcja kochania nieprzyjaciół. A przede wszystkim spotkanie z człowiekiem, który patrzy w oczy złu i czyni wszystko, by kochać tych, którzy to zło generują, i przebaczać im. Kocha ich miłością, której sam, od nikogo z ludzi, nie otrzymuje”.
W pełni zgadzam się z tym, co na okładce pisze pan Stanisław Górski OP, ale w tym miejscu zapytam, czy to jest słuszne? Niektórzy idąc do walki mieli na żołnierskich paskach Gott Mit Uns – Bóg z nami, to kto był z tymi: poniewieranymi, bitymi, głodzonymi ludźmi? Z tymi, którzy doświadczali bicia, potwornego zimna, smrodu palonych ciał. Bóg do tych poniewieranych odwrócił się tyłem, swoimi boskimi plecami?
Książka ma być o życiu, o wybaczaniu i taka faktycznie jest, ale mam tu pytanie do samego komendanta obozu, który dziś na moje pytanie nie odpowie, ale i tak go zapytam. Bo może on też kiedyś chodził do kościoła razem ze swoją rodziną, może nawet pomagał biednym? Tego nie wiem. Ale chciałabym go zapytać.
Kim teraz jesteś komendancie? Co takiego się stało, że zapomniałeś o swoim człowieczeństwie? Zastanawiasz się ilu jeszcze chudzielców posłać do gazu? „Masz z tyłu głowy nieustanny lęk o swoją pozycję?” Każdy z nas coś takiego w sobie ma. „Jak to jest, że wystarczy dostać intratne stanowisko, a do tego porcję strachu”. „A może z pana komendanta jest dobry aktor? Komendancie... „Bądź jak najgorszy, wtedy nikt nie uwierzy, że w tym obozie zrobiłeś coś dobrego”. Bo nie zrobiłeś… Jeśli czeka się na śmierć drugiego człowieka, to jest się podobnym do pozostałych esesmanów. Komendancie w twoim obozie odbiera się godność drugiemu człowiekowi. Choć tyle chciałabym w niebo wykrzyczeć. Ale... co to w ogólnym rozrachunku już da? Wielkie nic.
Niemcy sami byli zdumieni z jaką pokorą niektórzy przyjmowali śmierć z ręki swoich prześladowców.        A ci biedacy słyszą „Nie przyjechaliście do sanatorium”. „To jest obóz koncentracyjny, z którego wyjście jest przez komin”.
Biedacy szli pokornie na śmierć: płakali i przytulali się do siebie. Może zamiast płakać, to powinni się dobrać do skóry swoim oprawcom. Maksymilian Maria Kolbe też nie podniósł na swoich oprawców ręki. Doskonale wiedział co go czeka. Czyż nie tak? Pomogły modlitwy za: zmarłych, za żywych, za głodujących i umierających, a nawet za morderców? Akurat. Mamy tu nawet relację między katem i ofiarą. Co takiego kat w tym drugim zobaczył, że poniżanemu odpuszcza i odchodzi…
„Żaden człowiek nie jest w stanie własną „mocą” przebaczyć takiego zła”. Tak myślę.
„W głębi duszy wierzę, że jest dla niego przebaczenie, ale tylko od Stwórcy”.
„ Niektórzy szukali usprawiedliwienia dla tego, co robili, żeby nie stać się takimi, jak oni”.
Czyli jak tamci. I to będzie sposób na przetrwanie tego piekła? Wydaje się, że tak.
„To miejsce często odwiedzane jest przez diabła”. Myślę, że co jakiś czas na nasz świat przychodzi diabeł. Inaczej by nie było tyle zła, tyle niegodziwości...
Okładka książki, to nic innego, jak wjazd do ludzkiego Piekła.
A nad bramą napis. Arbeit macht frei- Praca czyni wolnym.
Jaki „fajny” slogan czyż nie tak? Ci nieszczęśnicy są wolni od życia i godności… Często proszą Najwyższego o nieskończone miłosierdzie: nad tymi, którzy ich mordują, kradną, wyrzucają z domów         i wtrącają do więzień”.
XX wiek i tyle tu zbrodni. Tyle krwi się leje, tyle bólu. Dlaczego nikt nie reaguje? Nikt tu nie
czuje mdłego zapachu śmierci? Jest w tym miejscu prawdziwa lekcja dla nas wszystkich. Dziwne to
miejsce, gdzie każdy walczy o życie, a kiedy ktoś inny wygrywa, wtedy on sam staje się pogardzanym       i znienawidzonym. Nikt mu nie poda ręki. Nie buntowali się, nie walczyli, dlaczego tak pokornie szli na śmierć? Takie zachowanie ciągle jest dla mnie zagadką i z całą pewnością już będzie...
„Patrzę na was, bracia oprawcy, i widzę miłość, którą dał wam Pan! Ja daję wam przebaczenie.
Ale czy świat was rozgrzeszy?”
Nie wiem...
Tego co tam się działo nie potrafię pojąć i nigdy nie pojmę. Czy wyciągnęliśmy z tego, co się stało, jakiekolwiek wnioski? Zdaje się, że żadnych...
Co nam da XXI wiek? Aż boję się pomyśleć...
Dziękuję autorowi, panu Pietrzakowi za to, że chciało mu się o tym pisać, że nie „poległ” ślęcząc nad klawiaturą komputerową. Ciężko było coś takiego czytać. Ale taka książka powstała i bardzo dobrze, bo powinna była powstać. Byśmy my, ludzie, odeszli ze źle obranego kierunku. Kolejny raz znowu źle obieramy. Tak myślę...
Kicińska Władysława
D K K Rawicz

"Chamstwo" Kacper Pobłocki
marzec 2024

Kacper Pobłocki (ur. 1980 ) – doktor habilitowany, antropolog społeczny i historyczny, absolwent Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego w Budapeszcie. Stypendysta Uniwersytetu Miejskiego w Nowym Jorku. No...no… Nie chcę myśleć, gdzie i za co dostał nagrodę.
Antropolog Kacper Pobłocki w „Chamstwie” snuje opowieść o czasach Rzeczpospolitej szlacheckiej. Stawia pytania dotyczące chłopskiego niewolnictwa, ukazuje krwawą przemoc panów. Kreśli historię polskiego patriarchatu. Dowodzi, że w splocie klasowych podziałów, w którym jest okrucieństwo i wyzysk jest również nasza pańszczyzna. Ojczysta pańszczyzna, trzeba nam w tym miejscu powiedzieć.
Pobłocki opowiada nam o przeszłości, którą nazywamy historią. Nie można odejść od dawnych lat. Minione lata zawsze będą w nas tkwiły. Nic ani nikt tego nie zmieni. Ale możemy jego opowieści zauważyć w czymś innym. W języku, w trwaniu struktur patriarchalnych i w tym, że nasz system społeczny jest o nie oparty. Próba ich opisania będzie budzić opór. Nigdy nie będzie idealna.
„Chamstwo” rozpoznaje różne tematy. Szuka sposobu na ich opowiedzenie. Podsuwa nam przeróżne tropy, sugeruje czytanie znanych nam tekstów ponownie. „Można je czytać: jako opowieść o ujarzmieniu kobiecego ciała, opowieść o społeczeństwie, w którym ci, którzy są pod pańskim butem nie wyobrażają sobie świata bez przemocy”.
Można znaleźć w „Chamstwie” próbę zrozumienia i rozliczenia „państwa”, „poddaństwa”. Dzięki ludowej historii Polski, dzięki Pobłockiemu, możemy spojrzeć na to kim byli nasi dziadkowie i babcie.
Skoro wtedy było tak „fajnie”, to dlaczego była przemilczana historia chłopów i chłopek? Zamiast opowiadać głośno o doznanych krzywdach, to trzeba było milczeć...?
Możliwe, że to było wygodne dla potomków i potomkiń chłopów, bo nie musieli na nowo rozdrapywać ran; dla dawnych panów również – bo przed nikim nie musieli się rozliczać z własnej przemocy, wobec swoich uciemiężonych i udręczonych bliźnich. Państwo wstydzili się tego, co im robili? Akurat. Gdy biedni marzli i głodowali, to bogaci się bawili. Jeszcze, by mieli tego się wstydzić?
Bardzo często używano kańczuga, a ten według jaśnie państwa był jedynym sposobem na rządzenie tymi ludźmi. Przeraża to, co im robiono. Nigdzie nie używało się go „tak barbarzyńsko, jak używało się go w królestwie polskim”. Polska brutalność może nas zaskakiwać, ale tak samo lub podobnie odbywało się w Europie.
Miało tak być w całej Europie, dlatego z tymi nowymi wiadomościami mam się czuć lepiej? Mój rozmodlony kraj, moja Ojczyzna i coś takiego? Nie mogę tego zrozumieć, nie potrafię czegoś takiego pojąć… A chaty tych biedaków, to prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy…
Gdyby im państwo pobudowało lepsze domy, gdyby ci ludzie mieli co jeść, to może, by nie trzeba było używać kańczuga ani straszyć wieszaniem, ale.. Chłopi pańszczyźniani są własnością swego pana. Są jak bydło, które można kupić i sprzedać na targu. Jak bydło byli piętnowani, jak bydło są zaprzęgani do nadludzkiej pracy, jak do kieratu, jak takie bydło są pędzeni do roboty batem. Gdy chłop nie przyszedł na pańszczyznę, to ekonom osobiście zapędził go batem na pańskie pole. Zwołał innych, by go przytrzymali. Miał mu wyliczyć dziesięć batów, to dokładnie mu je wyliczył. Dlaczego pozostali nie powstrzymali ekonoma? Dlaczego pomagali bliźniego katować. Czy bicie albo trzymanie takiego nieszczęśnika należało do ich obowiązków? Może ekonom by nie bił, gdyby go nie trzymali? Chłopi nie byli bezwolni, jakby co, to potrafili przeciwstawić się swoim panom, to dlaczego akurat w tym przypadku takiego nieszczęśnika trzymali? Bardzo chciałabym, to wiedzieć...
Nie potrafię tego pojąć ani zrozumieć. Zazdrościli mu, że na pole został przygnany później? Bo i tak być mogło.
W Chamstwie jest wiele wątków, które opowiadają historię kształtowania się współczesnych stosunków społecznych, które często są oparte na dominacji uprzywilejowanych nad tymi, którzy o przywileje od zawsze muszą walczyć.
„Czy pański bat nie przetrwał w postaci ojcowskiego pasa?” Zdaje się, że tak...
Widmo chłopskości krąży nad Polską. Mówi się, że większość z nas wywodzi się z chłopów.
Patriotyczne wizje wspaniałego szlachectwa stanowiącego korzeń całego narodu. Podobno tak ma być, ale zdaje się, że nie przystaje, to do faktów, do rzeczywistości.
Historią naszego społeczeństwa rządzi brutalność i upokarzanie. Czy faktycznie jest to wizja autora, czy ta wizja została przedstawiona w taki sposób, jak wizja chłopów? Nie wiem… Chłopi są opluwani i często popadają w apatię. Nie potrafią skutecznie przeciwstawić się szykanom. Przystają na swój poniżający los. Często chłop jest przedstawiony w taki sposób, jak go chciała widzieć szlachta; a przedstawia się go: jako maszynę do pracy, bycia bitym, pozbawionym osobowości.
Autor nie ukazuje charakteru włościan, bogactwa ich kultury, mechanizmów radzenia sobie z trudami, aspiracjami. Niewiele mówi o ciągłym chłopskim oporze, o tym, jak chłopi zachowywali swoją godność, jak mimo ucisku trwali. Chłopi umieli nie raz i nie dwa pokazać, że to brutalni panowie są „tymi głupszymi”, że nie mają słuszności w tym co robią.
Często sugeruje się chłopom, że nie byli szczerze religijni, a różne obrzędy, czy wierzenia stanowiły głównie przebiegłą zasłonę dla ich gniewu lub planów buntu. Ale przeciwnie, bo religia i pobożność od zawsze były dla wsi bardzo istotne. Świadczą o tym liczne źródła historyczne: rządowe i kościelne…
Chamstwo jest o ucisku, upodleniu i oporze konkretnych grup ludzi, w konkretnym czasie. Pojawiają się tu: chłopi, służebnice, wyrobnicy, baby, darmozjady, łotry, pańszczyźniacy, chamstwo ...
Pan zwoływał swoją gromadę i mówił: „Teraz polskie prawo. Kto ukradł i został złapany, będzie wisiał”. Rodziny skazanych klękały przed dziedzicem na kolanach, czołgali się i całowali pańskie stopy. Pan na koniec rezygnował z wieszania. Zamiast tego karbowy takiego delikwenta wybatożył.
Czy ktoś w tamtym czasie zainteresował się tym, jak ci ludzie żyli? Jak głodowali, jak mieszkali ze zwierzakami za ścianą?
Dopiero w XXI wieku przywraca się i wydobywa na światło dzienne te sprawy, które sprawiają, „że znowu boli i ciało, i dusza”. Książka przypomina o przemocy. Opowiada historię stosunków „chamstwa” z „państwem” i ukazuje nam, jak dawne pańszczyźniane stosunki wciąż jeszcze tkwią w naszej kulturze. Na nowo możemy opowiedzieć polską historię. Bardzo smutną historię.
Świat Polszy był światem ludzkim. Od ludzi pochodziło i dobro, i zło. „Chamstwo” Kacpra Pobłockiego przybliża nam to, co bezpowrotnie minęło, ale wciąż jeszcze będzie tkwiło w potomkach tych, którzy zostali upodleni przez swoich panów.
Autor językiem literackim rozprawia się z pańszczyzną, walką klas i jej pozostałościami w naszym myśleniu. Jestem zdziwiona tym, że kościół nie reagował na to, co się działo, tylko milczał. Nie widział, że wokoło jest tyle zła? Czy nie chciał widzieć? Grzech jest, tylko dla tych upodlonych? Bogaci grzechów nie mają? Elita „fikuśnie” i modnie ubrana nie widzi tych, co są deptani? Tłuką tych, którzy ciężko pracują, by jaśnie państwo mogło balować, by oni mogli się bawić. Jakie to smutne...
Dziś jest ciut lepiej. Ale tylko ciut. Też co niektórzy nad innymi się wynoszą, bo im się wydaje, że są lepsi od pozostałych. Ale czy faktycznie tacy są? Tylko Góra, to oceni. A może też tego nie zrobi. Pewnie od dawna stoi odwrócona do nas plecami.
Jesteśmy potomkami tamtych. Czyż nie tak…? Ale i tak nad innych się wynosimy. Uważamy, że od pozostałych jesteśmy lepsi? A może lubimy się przylizywać do tych, co dziś coś znaczą?
Kiedyś nie było wesoło. Wraz z nastającym postępem, to się zmieniało, ale to, co opisuje Kacper Pobłocki, to zwyczajny horror.
Książka jest bardzo smutna. Nie miałam pojęcia, że nasi wcześniejsi jaśnie państwo, aż tak pomiatali swoimi bliźnimi. Czy robili coś, by zmienić swój i ich świat. Zdaje się, że niewiele. Najwyraźniej mieli, to gdzieś. Oni od zawsze się liczyli. Nikt inny, tylko oni.

Władysława Kicińska
DKK Rawicz

"Służące do wszystkiego." Joanna Kuciak-Frydryszak
luty 2024

Joanna Kuciel - Frydryszak – absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Autorka biografii Słonimski. Heretyk na ambonie, nominowanej w najważniejszych konkursach na Historyczną Książkę Roku – im. K. Moczarskiego i O. Haleckiego, oraz bestsellerowej biografii Kazimiery Iłłakowiczówny Iłła (Marginesy 2017), nominowanej do Nagrody im. Józefa Łukaszewicza.

„Gdy dziewczyna decyduje się na posadę służącej,przyjeżdża do miasta z kuferkiem. Albo tobołkiem – chustką, w której ma cały swój dobytek. Jeśli wybiera się do Krakowa, dobrze wie, dokąd ma pójść: pod pomnik Mickiewicza, gdzie w czwartki zbierają się inne dziewczęta i panie, które potrzebują służby”.
Autorka w „Służących do wszystkiego” odsłania smutną rzeczywistość. Kogo? Najbiedniejszego społeczeństwa. Niewykształconych, niepiśmiennych kobiet, które od dzieciństwa musiały służyć „u Państwa”.
Jacy to byli Państwo? Z tym różnie bywało. Często byli bardzo bogaci albo ciut biedniejsi, ale państwo, to państwo. Jedni i drudzy mieli ogromną „manię” swojej wielkości. Potrafili się wywyższać nad innymi, chociaż mamony niektórzy wiele nie mieli albo mieli sporo długów. Chociażby, tylko karcianych.
Domy w których służące mogły się czuć godnie należały do rzadkości. Kobiety takie traktowane
były przez sąsiadów i znajomych podejrzanie.
Zdarzało się, że nawet służąca spoczywała w pańskim grobie. /Widocznie zmarła była ulubienicą
swoich państwa. / Bywało i tak, choć bardzo rzadko, że po zakończeniu służby otrzymywały godziwą zapłatę.
Służące korzystały z osobnych schodów, od frontu wchodziły bardzo rzadko. Przeważnie mieszkały w kuchni. Gdyby tylko za zasłonką. Nie mogły wychodzić z domu. Często pracowały po no-cach. Wtedy, gdy ich Państwo przyjmowało u siebie gości. Padały też ofiarami swoich „panów i paniczów”.
Podejrzewano je o niemoralność, o roznoszenie chorób, o złodziejstwo, o złe zamiary. Były pozbawione nadziei na lepsze jutro.
Czy były religijne? Były. Można było o nich przeczytać w prasie katolickiej.
„Miały się poddać woli bożej, która tak ułożyła świat”.
Biedak nie ma innego wyjścia. Musi się poddać woli bożej albo innej. Czyli pańskiej. Czyż nie? Zwykle tak się mówi, by wierzący, tyle nie sarkali na świat, który dla jednych został stworzony kolorowy, a dla innych, bo biednych często jest szary i smutny. Dla ubogich od zawsze była nędza i poniewierka...
Czy opatrzność ułożyła go sprawiedliwie? Czy ktoś z ważnych osób, mogących coś zrobić w tej sprawie dociekał tej sprawiedliwość? Akurat… Tak mu było dobrze, a to wystarczyło, by tak na całe lata zostało...
Przyjmowanie do „służby” u Państwa przeraża. Przypomina targ białych niewolników. Kandydatki na służące były: oglądane, wypytywane o upodobania, o siły, o umiejętności, o to, czy mają chłopca, czy już kiedyś pracowały.
Czego taka pani od swojej służącej oczekiwała?
Nic nadzwyczajnego, tylko wszelkich usług przez całą dobę: sprzątania, prania, gotowania, opieki nad dziećmi.
Co w zamian za swoją całodzienną pracę służąca dostawała?
Kąt w pańskiej kuchni, wyżywienie i kilkadziesiąt lub kilka złotych miesięcznie.
A ten kąt, to według autorki często oznaczał rozkładane łóżko przy kuchennych schodach. Którymi nocami wracali panowie i panicze. Wtedy bardzo często kończyło się nadużyciami wobec młodych służących.
Ciekawe kto wtedy był winien. One, czy wracający z „baletów” panowie?
Bardzo często jaśnie panie dawały ciche przyzwolenie na romanse swoich synów ze służącymi. Jak była wpadka, to taka służąca „lądowała” razem ze swoim malcem na ulicy.
Ożenić się ze służącą? To dopiero byłby mezalians lub dopust boży, prawda? Czy po czymś
takim „kochana” babcia miała „czyste” sumienie? Oczywiście, że miała. Jak mogło być inaczej, prawda?
Świat „kołtunów” ukazuje Gabriela Zapolska w sztuce „Moralność pani Dulskiej”.
Nikogo nie dziwiło, że większość prostytutek wywodziła się spośród służących.
Wyżywienie u państwa było dobre, ale często było resztkami z pańskich talerzy. Było tego mało,
co prowadziło do głodzenia służących.
Jeśli chodzi o pieniądze, to raziło, to jaśnie Panie. Bidulki uważały, że nie należy służącej płacić. Przecież ma co jeść i ma kąt do spania.
Taka dziewczyna w domu, gdzie jest wiele osób często bywała samotna. Nie miała imienia
i nie miała przyjaciół. Bardzo często była ludzkim popychadłem.
To dopiero była „wspaniała” elita. Szturchać, bić, poniżać tę, co nie potrafiła albo nie umiała się
bronić… Zresztą. Kto by jej uwierzył, prawda?
„Służbę domową od niewolników różni, tylko to, że służący może zmienić służbę, a niewolnik
pozostawał nim / czyli niewolnikiem / dożywotnio, ale w obu przypadkach wymagania opierały się na tych samych oczekiwaniach: uszanowania pana, posłuszeństwa, wierności, poświecenie wszelkich sił i całego czasu na staranie się o pożytek pana”.
Służące bez zgody swojej pani nie miały prawa wychodzić z domu. Jeśli były sprytne i bardziej zaradne, to potrafiły sobie wywalczyć kilka godzin „wychodnego”, co tydzień lub jeszcze rzadziej. Nie miały rodziny. Jak taka dziewczyna miała założyć rodzinę, jak miała ułożyć sobie prywatne życie, a potem zadbać, o dwa domy? Coś takiego nie było fizyczną możliwością, a przynajmniej nie ludzką…
Autorka nam pokazuje, że świat bez służących nie mógł istnieć. Siostry Kossakówny, Maria
Pawlikowska – Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec, nie potrafiące gotować, prać ani sprzątać, dlatego mile wspominały swoją kucharkę.
Nie da się ukryć, że dla niektórych kobiet i dziewcząt służba była czymś fascynującym, bo taka
kobieta, czy dziewczyna weszła w świat, którego dotąd nie znała i jeśli miała po temu sposobność,
to go po trosze naśladowała, bo sama znała, tylko ciężką pracę w obejściu i na roli, i nieustanną poniewierkę.
A tu było inaczej? Wesoło też nie było. Wkrótce o tym na własnym grzbiecie się przekonała. Tutaj był świat niewolnic. Służącą można było: bić, głodzić i gwałcić. Porzucenie służby kończyło się więzieniem. Takie kobiety, często niepiśmienne, zahukane przez ciężkie życie nie potrafiły w sądzie się obronić. Czy sąd przejmował się taką dziewczyną? Akurat. Zwykle stał po stronie pieniędzy i prestiżu.
Taka paniusia, z wyższych elit, miałaby pobrudzić sobie własne rączki ścierką od podłogi albo tłustą po zmywaniu garów wodą? W życiu! Musiała mieć kogoś takiego, co za nią, by to zrobił, kogoś na kim, by mogła się wyżywać. Najłatwiej było coś takiego zrobić służącej, bo nikt za kimś takim się nie ujął. Pani to pani. Służąca to służąca.
Książka skłania nas do refleksji. Pokazuje nam najgorsze ludzkie zachowania i to, jak zamożne
kobiety, panie domu, te same, które miały się za coś lepszego, manipulowały uzależnionymi od nich niepiśmiennymi kobietami. Jak problem tych kobiet postawiono w sejmie, to kto zabiegał o to, aby służącym nie dawać żadnych praw? Wiadomo, że one. Kobiety zostały zepchnięte na samo dno minionego świata, który im wiele obiecywał, ale tak naprawdę, to im niczego nie dawał.
Przejmujący jest fragment opisujący los kobiet podczas wojny. Uczciwe kobiety ratowały dzieci swoich żydowskich chlebodawców. Nieuczciwe kradły i donosiły na niewinnych ludzi. Zło wyzierało z wzajemnych pretensji, złych intencji i zwyczajnej ludzkiej podłości, pokazując nam, że świat państwa i służby, choć zależne od siebie, nie mogły być bardziej odległe, tylko takie same albo prawie takie same.
Kiedy przyjrzymy się z bliska tematowi opisanemu przez autorkę, to odbijają się tu różne zagadnienia. Mamy tu podział na ludzi lepszych i gorszych, wzajemne relacje pomiędzy nimi, prawa kobiet i codzienne życie, zwyczaje i tradycje. Pokazując te wszystkie nierówności możemy zobaczyć, że wszyscy jesteśmy tacy sami, niezależnie od kraju w którym żyjemy i od czasu, który nam przyjdzie przeżyć.
Mamy tu początek XX w., aż do II wojny światowej.
Są służące, które były traktowane, jak członkowie rodziny. I są takie postacie, które znamy,
u których służba faktycznie była. Jest Józef Hen, Maria Kuncewiczowa, Henryk Sienkiewicz, Stanisław Wyspiański, Maria Dąbrowska i mamy tu dom Kossaków oraz polskie korzenie Angeli Merkel.
Są tu cytaty z książek, listy, ogłoszenia, artykuły z gazet. Poradniki służby domowej Michaliny
Ulanickiej.
„Służące do wszystkiego” mówią nam o dominacji lepiej urodzonych nad biedakami, o korzeniach naszego społeczeństwa, o wyzysku, o uległości kobiet akceptujących swój niewolniczy los, ale również o sile ludzkich uczuć, zdolnych przekroczyć klasowe podziały.
Czy nasz świat bardzo się zmienił?
Nie aż tak bardzo. Nie trzeba już tylu służących, bo kobiety teraz już czytają i piszą. Z reguły
dziś już mają wykształcenie. Często wysokie. Pracują poza domem w przeróżnych ważnych instytucjach. A siłę mięśni zastąpiły: pralki, odkurzacze i wszelkie inne domowe udogodnienia. Kobiety nie muszą już grać jaśnie pań. Trochę to się rozmyło. Zawsze będą potrzebne: nianie, przedszkola i żłobki dla maluchów. Ale nigdy się nie zmieni stosunek bogatych do biedniejszych. Bo bogaty, to jest ktoś. Bogaci zawsze będą się wywyższać. Bidus, to zawsze będzie bidus.
Faktycznie. Ten bogaty, czy ten ktoś jest taki wspaniały? Czy tylko tak wspaniale potrafi się „ślinić” do swojej zwierzchności. Po co on to robi? Nie potrafię tego pojąć. Wszyscy nie muszą być na „świeczniku”. Ale tak niestety już jest. Kto może, to tam się pcha, a później… Nic więcej nie powiem...
Teraz niektórym płaci się za nieróbstwo, a kiedyś niewiele się płaciło za pracę ponad siły. Forsiasta i bezczelna paniusia zawsze będzie się podlizywała i zadzierała nosa. Będzie gardziła innymi. Tak było i tak będzie. Bo my, ludzie, już tak mamy.
Nie potrafię pojąć, jak można z biedaka zrobić takie kompletne zero… Jak już, to kimś takim on sam się zrobi, choćby pijąc alkohol ponad miarę...
Kobieta pracowała u „wspaniałej” paniusi, a ta ją po krzyżu i poniżej krzyża lała. Gdzie tu jest
boska sprawiedliwość albo boskie miłosierdzie? Pojąć tego nie mogę. Zwyczajnie nie potrafię.
Nawet solidne kropidło tego nie zmieni. Tak myślę…
Katolickie podręczniki pracują nad tym, aby służąca była przede wszystkim pokorna, „służyła
swemu państwu, jak Jezusowi”.
„Nie opuszczaj służby dla jakiej błahej przyczyny, ale cierp dla Pana Jezusa, bo raju nigdzie nie
znajdziesz na ziemi, a gdzieniegdzie co może gorzej będzie”.
„ Publikacje kościelne objaśniały sługą, że ich los inny być nie może, gdyż ( zgodnie z feudal-
nym przekonaniem) świat dzieli się na panów oraz na tych, którzy im służą. Skoro Bóg powołał cię, dziewczyno, na służącą, przyjmij swój los i wypełniaj powołanie, jak najlepiej”.
„Jak świat jest stary, tak starą jest różnica państwa i sług. Tak też zostanie do skończenia świata”.
„Ponadto służący mają wpływ na samopoczucie rodziny, a nawet na jej szczęście”.
„ Od tego czy słudzy są dobrzy, poczciwi, wierni, czyści, sumienni, zależy po większej części
szczęście i ład rodziny”.
I zachęca.
„ Czcijcie, szanujcie i kochajcie wasz stan.
Tak pisma katolickie wybierają drogę pokrzepienia moralnego w duchu przesłania: módl się
i pracuj, akceptuj swój los zgodnie z wolą Bożą.
Redaktorzy pism wiedzą doskonale, że służące czują się wzgardzone, cierpią nędzę, a każdego
dnia patrzą na zbytek, do którego nigdy nie będą mieć dostępu.
Wiedzą o tym, ale i tak nic z tym nie robią, bo tak samo jak inni, jak pozostali mają, to gdzieś…
Głęboko...
„Służąca musi sobie poradzić nie tylko z ciężką harówką, ale też z poczuciem krzywdy. I przy-
jęciem swojego nędznego losu jako konieczności”.
„Bo Bóg Najśw. tak chciał i chce – bo taka wola Boża – bo sam P. Jezus i Matka Najśw. I św.
Józef byli biednymi i pracowali ciężko”.
Autorka twierdzi.
„Dlatego napisałam tę książkę, mając nadzieję, że choć w małym stopniu uda się przywrócić je
naszej pamięci. Dedykują ją nie tylko pamięci służących, lecz także tym, którzy wystrzegają się cynicznej wiary w to, że świata nie da się zmienić”.
Bardzo dobrze, że taka książka powstała, ale i tak niczego nas nie nauczy Bez podlizywania się,
to ten świat nie będzie się kręcił. Najgorsze jest to, że nigdy się nie dowiem, czy te śliniące się na
„świeczniku” panie będą po śmierci pogłaskane, czy im tam, po drugiej stronie tak samo, jak służącym pokażą palec.
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

"Pamięć dla Heleny." Ewa Formella
styczeń 2024

Tym razem mam przed sobą opowieść o polskich dzieciach, które pozbawiono przeszłości.
Autorka Ewa Formella opisuje w swojej książce „Pamięć dla Heleny” zjawisko, które kiedyś miało miejsce, a które jest częścią naszej trudnej, a może i nie naszej wojennej historii. Opowieść ma być fikcją literacką, ale jest oparta na prawdziwych wydarzeniach.
Helena jako starsza już kobieta, jakby sprowokowana wydarzeniem, które dotyka jej wnuczkę, zaczyna wspominać, a tym samym odsłaniać własną smutną przeszłość. Mając zaledwie szesnaście lat razem z rodzeństwem trafiła do ośrodka Lebensborn na terenie zachodniej Polski. Jej ro-dzeństwo zostaje oddane do niemieckich rodzin. Ona sama rodzi dwójkę dzieci niemieckiemu oficerowi. Jego żona nie może mieć własnych maluchów. A może wina jest po jego stronie, bo i tak może być. Ale kobieta zawsze jest winna. Mężczyzna nie.
Dzieci w jakiś czas potem zostają jej odebrane. Jakby mogło być inaczej, prawda? W tak młodym wieku zostać matką? Tak samo, jak wszystkie matki będzie za nimi tęsknić. Jest tu po-traktowana, jako przymusowa surogatka. Kobiety mają rodzić dla dobra Rzeszy.
Dzięki ukochanemu, który też jest Niemcem i kierowcą „jej” oficera udaje jej się uciec. Oboje
rozdziela wojna. Nigdy się nie odnajdą.
Przez całe życie ludzie, którym zabrano przeszłość żyją bez świadomości kim tak naprawdę
są i skąd faktycznie pochodzą. Ale czy tak być musi?
O okrucieństwach drugiej wojny światowej nie da się zapomnieć. O tamtym czasie należy pamiętać, by kolejne pokolenia miały świadomość tego, co wtedy się wydarzyło, by do czegoś takiego nigdy więcej nie dochodziło. Dlaczego? Choćby dlatego, by w razie nowych działań wojennych nie strzelać: do swoich krewnych, do bliskich, którzy będą stali po drugiej stronie granicy. Będą mieli na sobie inne mundury, będą mówili innym językiem, ale to będzie nasza krew, nasze DNA.
Ewa Formella ukazuje nam, jak wyglądało życie kobiet, które trafiły do ośrodka Lebensborn
i losy dzieci odebrane rodzicom, które były biernymi ofiarami nazistowskiej polityki rasowej.
Jakie to wszystko było głupie, chciałoby się w tym miejscu powiedzieć.
Okupant myślał, że jak „przerobi” obce maluchy, jak nauczy je myśleć i mówić po niemiecku, to wyrosną z tego wspaniali niemieccy obywatele? Akurat. Zawsze dla tak zwanych „swoich” będą obcy. W razie „W” szadzący będą potrzebować mięsa armatniego. Najlepsze będzie cudze, chociaż będzie mówiło ich językiem.
Wszystko to, co jest bardzo ważne zostało podane na okładce książki.
Autorka zmusza nas do refleksji na temat: człowieczeństwa, moralności i etyki. Ale czy z te-go skorzystamy? Tego nie wiem, bo może być i tak, że stwierdzimy, a nawet pomyślimy, że było,
minęło. Po co do tego mamy wracać.
Ale w swojej książce autorka nie dodała, że za jakiś czas zamiast in vitro znowu mogą być młodociane „przymusowe” surogatki, bo panowie zawsze wiedzą, co dla nich jest najlepsze, a kobiety
powinny im się podporządkować, bo od czego one u licha w końcu są…
Niestety, ale nasz świat tak wyglądał. Czy, to się zmieni? Nie wiem. Różnie z tym może być. Źle, a nawet bardzo źle od czasu do czasu już bywało. Oby nigdy więcej minione zło w innej postaci, czy w innej wersji już nie wróciło.
Książka była potrzebna byśmy wszyscy zaczęli trochę myśleć...
Nisko chylę głowę przed autorką. Bardzo nisko.

Kicińska Władysława
DKK Rawicz

"Hawana. Podzwrotnikowe delirium."  Mark Kurlansky
grudzień 2023

Mark Kurlansky dziennikarz, tłumacz, pisarz i reporter. Przez kilkanaście lat pracował jako korespondent zagraniczny „Miami Herald”. Specjalizował się w sprawach Europy Zachodniej, Afryki, Azji, Ameryki Południowej i Środkowej oraz Karaibów.
Autor zapuszczał się w wąskie uliczki „żółtego miasta” przez blisko trzydzieści lat. Podążał śladami Hemingwaya, Greena, Carpentiera…Wnikliwie badał historię miasta poddawanego hiszpańskim, afrykańskim, amerykańskim i rosyjskim wpływom. Opowiada o dziejach kubańskiej stolicy, zmianach politycznych, a nawet muzycznych i kulinarnych. Autor wiele miejsca poświęca: barwom i zapachom.
Książka przenosi nas do upalnego miasta. Hawana jest miejscem, gdzie mamy różnorodność.
Chodzi mi: o architekturę, obyczaje, język i kulturę. Całymi latami bała się otwartego morza, bo stamtąd przybywały do niej różnego rodzaju zagrożenia. Zawsze ingerowano z zewnątrz. Panowało tu: niewolnictwo, przemoc, nierówności społeczne.
Hawana jest miastem, które jako pierwsze otrzymywało luksusowe dobra, ale bardzo szybko musiało się pogodzić z tym, że luksus był, ale tylko dla wybranych. Autor opowiada też i o tym, jak różne religie wpłynęły na wizerunek Hawany. W tym temacie wszystko jest tu przemieszane. Świętych jest tu bez liku. Zresztą... Trudno się dziwić. Skoro jest tu wielu wyznawców z różnych kultur.
Życie w kubańskiej stolicy nigdy nie należało d

powrót do wszystkich aktualności
Strona używa plików cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.