+ A A - wcag-contrast-on
icon facebook icon youtube icon instagram icon bip
Biblioteka Rawicz

DKK Dyskusyjny Klub Książki Recenzje

Data publikacji: 2022-04-11

"Służące do wszystkiego." Joanna Kuciak-Frydryszak
luty 2024

Joanna Kuciel - Frydryszak – absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Autorka biografii Słonimski. Heretyk na ambonie, nominowanej w najważniejszych konkursach na Historyczną Książkę Roku – im. K. Moczarskiego i O. Haleckiego, oraz bestsellerowej biografii Kazimiery Iłłakowiczówny Iłła (Marginesy 2017), nominowanej do Nagrody im. Józefa Łukaszewicza.

„Gdy dziewczyna decyduje się na posadę służącej,przyjeżdża do miasta z kuferkiem. Albo tobołkiem – chustką, w której ma cały swój dobytek. Jeśli wybiera się do Krakowa, dobrze wie, dokąd ma pójść: pod pomnik Mickiewicza, gdzie w czwartki zbierają się inne dziewczęta i panie, które potrzebują służby”.
Autorka w „Służących do wszystkiego” odsłania smutną rzeczywistość. Kogo? Najbiedniejszego społeczeństwa. Niewykształconych, niepiśmiennych kobiet, które od dzieciństwa musiały służyć „u Państwa”.
Jacy to byli Państwo? Z tym różnie bywało. Często byli bardzo bogaci albo ciut biedniejsi, ale państwo, to państwo. Jedni i drudzy mieli ogromną „manię” swojej wielkości. Potrafili się wywyższać nad innymi, chociaż mamony niektórzy wiele nie mieli albo mieli sporo długów. Chociażby, tylko karcianych.
Domy w których służące mogły się czuć godnie należały do rzadkości. Kobiety takie traktowane
były przez sąsiadów i znajomych podejrzanie.
Zdarzało się, że nawet służąca spoczywała w pańskim grobie. /Widocznie zmarła była ulubienicą
swoich państwa. / Bywało i tak, choć bardzo rzadko, że po zakończeniu służby otrzymywały godziwą zapłatę.
Służące korzystały z osobnych schodów, od frontu wchodziły bardzo rzadko. Przeważnie mieszkały w kuchni. Gdyby tylko za zasłonką. Nie mogły wychodzić z domu. Często pracowały po no-cach. Wtedy, gdy ich Państwo przyjmowało u siebie gości. Padały też ofiarami swoich „panów i paniczów”.
Podejrzewano je o niemoralność, o roznoszenie chorób, o złodziejstwo, o złe zamiary. Były pozbawione nadziei na lepsze jutro.
Czy były religijne? Były. Można było o nich przeczytać w prasie katolickiej.
„Miały się poddać woli bożej, która tak ułożyła świat”.
Biedak nie ma innego wyjścia. Musi się poddać woli bożej albo innej. Czyli pańskiej. Czyż nie? Zwykle tak się mówi, by wierzący, tyle nie sarkali na świat, który dla jednych został stworzony kolorowy, a dla innych, bo biednych często jest szary i smutny. Dla ubogich od zawsze była nędza i poniewierka...
Czy opatrzność ułożyła go sprawiedliwie? Czy ktoś z ważnych osób, mogących coś zrobić w tej sprawie dociekał tej sprawiedliwość? Akurat… Tak mu było dobrze, a to wystarczyło, by tak na całe lata zostało...
Przyjmowanie do „służby” u Państwa przeraża. Przypomina targ białych niewolników. Kandydatki na służące były: oglądane, wypytywane o upodobania, o siły, o umiejętności, o to, czy mają chłopca, czy już kiedyś pracowały.
Czego taka pani od swojej służącej oczekiwała?
Nic nadzwyczajnego, tylko wszelkich usług przez całą dobę: sprzątania, prania, gotowania, opieki nad dziećmi.
Co w zamian za swoją całodzienną pracę służąca dostawała?
Kąt w pańskiej kuchni, wyżywienie i kilkadziesiąt lub kilka złotych miesięcznie.
A ten kąt, to według autorki często oznaczał rozkładane łóżko przy kuchennych schodach. Którymi nocami wracali panowie i panicze. Wtedy bardzo często kończyło się nadużyciami wobec młodych służących.
Ciekawe kto wtedy był winien. One, czy wracający z „baletów” panowie?
Bardzo często jaśnie panie dawały ciche przyzwolenie na romanse swoich synów ze służącymi. Jak była wpadka, to taka służąca „lądowała” razem ze swoim malcem na ulicy.
Ożenić się ze służącą? To dopiero byłby mezalians lub dopust boży, prawda? Czy po czymś
takim „kochana” babcia miała „czyste” sumienie? Oczywiście, że miała. Jak mogło być inaczej, prawda?
Świat „kołtunów” ukazuje Gabriela Zapolska w sztuce „Moralność pani Dulskiej”.
Nikogo nie dziwiło, że większość prostytutek wywodziła się spośród służących.
Wyżywienie u państwa było dobre, ale często było resztkami z pańskich talerzy. Było tego mało,
co prowadziło do głodzenia służących.
Jeśli chodzi o pieniądze, to raziło, to jaśnie Panie. Bidulki uważały, że nie należy służącej płacić. Przecież ma co jeść i ma kąt do spania.
Taka dziewczyna w domu, gdzie jest wiele osób często bywała samotna. Nie miała imienia
i nie miała przyjaciół. Bardzo często była ludzkim popychadłem.
To dopiero była „wspaniała” elita. Szturchać, bić, poniżać tę, co nie potrafiła albo nie umiała się
bronić… Zresztą. Kto by jej uwierzył, prawda?
„Służbę domową od niewolników różni, tylko to, że służący może zmienić służbę, a niewolnik
pozostawał nim / czyli niewolnikiem / dożywotnio, ale w obu przypadkach wymagania opierały się na tych samych oczekiwaniach: uszanowania pana, posłuszeństwa, wierności, poświecenie wszelkich sił i całego czasu na staranie się o pożytek pana”.
Służące bez zgody swojej pani nie miały prawa wychodzić z domu. Jeśli były sprytne i bardziej zaradne, to potrafiły sobie wywalczyć kilka godzin „wychodnego”, co tydzień lub jeszcze rzadziej. Nie miały rodziny. Jak taka dziewczyna miała założyć rodzinę, jak miała ułożyć sobie prywatne życie, a potem zadbać, o dwa domy? Coś takiego nie było fizyczną możliwością, a przynajmniej nie ludzką…
Autorka nam pokazuje, że świat bez służących nie mógł istnieć. Siostry Kossakówny, Maria
Pawlikowska – Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec, nie potrafiące gotować, prać ani sprzątać, dlatego mile wspominały swoją kucharkę.
Nie da się ukryć, że dla niektórych kobiet i dziewcząt służba była czymś fascynującym, bo taka
kobieta, czy dziewczyna weszła w świat, którego dotąd nie znała i jeśli miała po temu sposobność,
to go po trosze naśladowała, bo sama znała, tylko ciężką pracę w obejściu i na roli, i nieustanną poniewierkę.
A tu było inaczej? Wesoło też nie było. Wkrótce o tym na własnym grzbiecie się przekonała. Tutaj był świat niewolnic. Służącą można było: bić, głodzić i gwałcić. Porzucenie służby kończyło się więzieniem. Takie kobiety, często niepiśmienne, zahukane przez ciężkie życie nie potrafiły w sądzie się obronić. Czy sąd przejmował się taką dziewczyną? Akurat. Zwykle stał po stronie pieniędzy i prestiżu.
Taka paniusia, z wyższych elit, miałaby pobrudzić sobie własne rączki ścierką od podłogi albo tłustą po zmywaniu garów wodą? W życiu! Musiała mieć kogoś takiego, co za nią, by to zrobił, kogoś na kim, by mogła się wyżywać. Najłatwiej było coś takiego zrobić służącej, bo nikt za kimś takim się nie ujął. Pani to pani. Służąca to służąca.
Książka skłania nas do refleksji. Pokazuje nam najgorsze ludzkie zachowania i to, jak zamożne
kobiety, panie domu, te same, które miały się za coś lepszego, manipulowały uzależnionymi od nich niepiśmiennymi kobietami. Jak problem tych kobiet postawiono w sejmie, to kto zabiegał o to, aby służącym nie dawać żadnych praw? Wiadomo, że one. Kobiety zostały zepchnięte na samo dno minionego świata, który im wiele obiecywał, ale tak naprawdę, to im niczego nie dawał.
Przejmujący jest fragment opisujący los kobiet podczas wojny. Uczciwe kobiety ratowały dzieci swoich żydowskich chlebodawców. Nieuczciwe kradły i donosiły na niewinnych ludzi. Zło wyzierało z wzajemnych pretensji, złych intencji i zwyczajnej ludzkiej podłości, pokazując nam, że świat państwa i służby, choć zależne od siebie, nie mogły być bardziej odległe, tylko takie same albo prawie takie same.
Kiedy przyjrzymy się z bliska tematowi opisanemu przez autorkę, to odbijają się tu różne zagadnienia. Mamy tu podział na ludzi lepszych i gorszych, wzajemne relacje pomiędzy nimi, prawa kobiet i codzienne życie, zwyczaje i tradycje. Pokazując te wszystkie nierówności możemy zobaczyć, że wszyscy jesteśmy tacy sami, niezależnie od kraju w którym żyjemy i od czasu, który nam przyjdzie przeżyć.
Mamy tu początek XX w., aż do II wojny światowej.
Są służące, które były traktowane, jak członkowie rodziny. I są takie postacie, które znamy,
u których służba faktycznie była. Jest Józef Hen, Maria Kuncewiczowa, Henryk Sienkiewicz, Stanisław Wyspiański, Maria Dąbrowska i mamy tu dom Kossaków oraz polskie korzenie Angeli Merkel.
Są tu cytaty z książek, listy, ogłoszenia, artykuły z gazet. Poradniki służby domowej Michaliny
Ulanickiej.
„Służące do wszystkiego” mówią nam o dominacji lepiej urodzonych nad biedakami, o korzeniach naszego społeczeństwa, o wyzysku, o uległości kobiet akceptujących swój niewolniczy los, ale również o sile ludzkich uczuć, zdolnych przekroczyć klasowe podziały.
Czy nasz świat bardzo się zmienił?
Nie aż tak bardzo. Nie trzeba już tylu służących, bo kobiety teraz już czytają i piszą. Z reguły
dziś już mają wykształcenie. Często wysokie. Pracują poza domem w przeróżnych ważnych instytucjach. A siłę mięśni zastąpiły: pralki, odkurzacze i wszelkie inne domowe udogodnienia. Kobiety nie muszą już grać jaśnie pań. Trochę to się rozmyło. Zawsze będą potrzebne: nianie, przedszkola i żłobki dla maluchów. Ale nigdy się nie zmieni stosunek bogatych do biedniejszych. Bo bogaty, to jest ktoś. Bogaci zawsze będą się wywyższać. Bidus, to zawsze będzie bidus.
Faktycznie. Ten bogaty, czy ten ktoś jest taki wspaniały? Czy tylko tak wspaniale potrafi się „ślinić” do swojej zwierzchności. Po co on to robi? Nie potrafię tego pojąć. Wszyscy nie muszą być na „świeczniku”. Ale tak niestety już jest. Kto może, to tam się pcha, a później… Nic więcej nie powiem...
Teraz niektórym płaci się za nieróbstwo, a kiedyś niewiele się płaciło za pracę ponad siły. Forsiasta i bezczelna paniusia zawsze będzie się podlizywała i zadzierała nosa. Będzie gardziła innymi. Tak było i tak będzie. Bo my, ludzie, już tak mamy.
Nie potrafię pojąć, jak można z biedaka zrobić takie kompletne zero… Jak już, to kimś takim on sam się zrobi, choćby pijąc alkohol ponad miarę...
Kobieta pracowała u „wspaniałej” paniusi, a ta ją po krzyżu i poniżej krzyża lała. Gdzie tu jest
boska sprawiedliwość albo boskie miłosierdzie? Pojąć tego nie mogę. Zwyczajnie nie potrafię.
Nawet solidne kropidło tego nie zmieni. Tak myślę…
Katolickie podręczniki pracują nad tym, aby służąca była przede wszystkim pokorna, „służyła
swemu państwu, jak Jezusowi”.
„Nie opuszczaj służby dla jakiej błahej przyczyny, ale cierp dla Pana Jezusa, bo raju nigdzie nie
znajdziesz na ziemi, a gdzieniegdzie co może gorzej będzie”.
„ Publikacje kościelne objaśniały sługą, że ich los inny być nie może, gdyż ( zgodnie z feudal-
nym przekonaniem) świat dzieli się na panów oraz na tych, którzy im służą. Skoro Bóg powołał cię, dziewczyno, na służącą, przyjmij swój los i wypełniaj powołanie, jak najlepiej”.
„Jak świat jest stary, tak starą jest różnica państwa i sług. Tak też zostanie do skończenia świata”.
„Ponadto służący mają wpływ na samopoczucie rodziny, a nawet na jej szczęście”.
„ Od tego czy słudzy są dobrzy, poczciwi, wierni, czyści, sumienni, zależy po większej części
szczęście i ład rodziny”.
I zachęca.
„ Czcijcie, szanujcie i kochajcie wasz stan.
Tak pisma katolickie wybierają drogę pokrzepienia moralnego w duchu przesłania: módl się
i pracuj, akceptuj swój los zgodnie z wolą Bożą.
Redaktorzy pism wiedzą doskonale, że służące czują się wzgardzone, cierpią nędzę, a każdego
dnia patrzą na zbytek, do którego nigdy nie będą mieć dostępu.
Wiedzą o tym, ale i tak nic z tym nie robią, bo tak samo jak inni, jak pozostali mają, to gdzieś…
Głęboko...
„Służąca musi sobie poradzić nie tylko z ciężką harówką, ale też z poczuciem krzywdy. I przy-
jęciem swojego nędznego losu jako konieczności”.
„Bo Bóg Najśw. tak chciał i chce – bo taka wola Boża – bo sam P. Jezus i Matka Najśw. I św.
Józef byli biednymi i pracowali ciężko”.
Autorka twierdzi.
„Dlatego napisałam tę książkę, mając nadzieję, że choć w małym stopniu uda się przywrócić je
naszej pamięci. Dedykują ją nie tylko pamięci służących, lecz także tym, którzy wystrzegają się cynicznej wiary w to, że świata nie da się zmienić”.
Bardzo dobrze, że taka książka powstała, ale i tak niczego nas nie nauczy Bez podlizywania się,
to ten świat nie będzie się kręcił. Najgorsze jest to, że nigdy się nie dowiem, czy te śliniące się na
„świeczniku” panie będą po śmierci pogłaskane, czy im tam, po drugiej stronie tak samo, jak służącym pokażą palec.
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

"Pamięć dla Heleny." Ewa Formella
styczeń 2024

Tym razem mam przed sobą opowieść o polskich dzieciach, które pozbawiono przeszłości.
Autorka Ewa Formella opisuje w swojej książce „Pamięć dla Heleny” zjawisko, które kiedyś miało miejsce, a które jest częścią naszej trudnej, a może i nie naszej wojennej historii. Opowieść ma być fikcją literacką, ale jest oparta na prawdziwych wydarzeniach.
Helena jako starsza już kobieta, jakby sprowokowana wydarzeniem, które dotyka jej wnuczkę, zaczyna wspominać, a tym samym odsłaniać własną smutną przeszłość. Mając zaledwie szesnaście lat razem z rodzeństwem trafiła do ośrodka Lebensborn na terenie zachodniej Polski. Jej ro-dzeństwo zostaje oddane do niemieckich rodzin. Ona sama rodzi dwójkę dzieci niemieckiemu oficerowi. Jego żona nie może mieć własnych maluchów. A może wina jest po jego stronie, bo i tak może być. Ale kobieta zawsze jest winna. Mężczyzna nie.
Dzieci w jakiś czas potem zostają jej odebrane. Jakby mogło być inaczej, prawda? W tak młodym wieku zostać matką? Tak samo, jak wszystkie matki będzie za nimi tęsknić. Jest tu po-traktowana, jako przymusowa surogatka. Kobiety mają rodzić dla dobra Rzeszy.
Dzięki ukochanemu, który też jest Niemcem i kierowcą „jej” oficera udaje jej się uciec. Oboje
rozdziela wojna. Nigdy się nie odnajdą.
Przez całe życie ludzie, którym zabrano przeszłość żyją bez świadomości kim tak naprawdę
są i skąd faktycznie pochodzą. Ale czy tak być musi?
O okrucieństwach drugiej wojny światowej nie da się zapomnieć. O tamtym czasie należy pamiętać, by kolejne pokolenia miały świadomość tego, co wtedy się wydarzyło, by do czegoś takiego nigdy więcej nie dochodziło. Dlaczego? Choćby dlatego, by w razie nowych działań wojennych nie strzelać: do swoich krewnych, do bliskich, którzy będą stali po drugiej stronie granicy. Będą mieli na sobie inne mundury, będą mówili innym językiem, ale to będzie nasza krew, nasze DNA.
Ewa Formella ukazuje nam, jak wyglądało życie kobiet, które trafiły do ośrodka Lebensborn
i losy dzieci odebrane rodzicom, które były biernymi ofiarami nazistowskiej polityki rasowej.
Jakie to wszystko było głupie, chciałoby się w tym miejscu powiedzieć.
Okupant myślał, że jak „przerobi” obce maluchy, jak nauczy je myśleć i mówić po niemiecku, to wyrosną z tego wspaniali niemieccy obywatele? Akurat. Zawsze dla tak zwanych „swoich” będą obcy. W razie „W” szadzący będą potrzebować mięsa armatniego. Najlepsze będzie cudze, chociaż będzie mówiło ich językiem.
Wszystko to, co jest bardzo ważne zostało podane na okładce książki.
Autorka zmusza nas do refleksji na temat: człowieczeństwa, moralności i etyki. Ale czy z te-go skorzystamy? Tego nie wiem, bo może być i tak, że stwierdzimy, a nawet pomyślimy, że było,
minęło. Po co do tego mamy wracać.
Ale w swojej książce autorka nie dodała, że za jakiś czas zamiast in vitro znowu mogą być młodociane „przymusowe” surogatki, bo panowie zawsze wiedzą, co dla nich jest najlepsze, a kobiety
powinny im się podporządkować, bo od czego one u licha w końcu są…
Niestety, ale nasz świat tak wyglądał. Czy, to się zmieni? Nie wiem. Różnie z tym może być. Źle, a nawet bardzo źle od czasu do czasu już bywało. Oby nigdy więcej minione zło w innej postaci, czy w innej wersji już nie wróciło.
Książka była potrzebna byśmy wszyscy zaczęli trochę myśleć...
Nisko chylę głowę przed autorką. Bardzo nisko.

Kicińska Władysława
DKK Rawicz

"Hawana. Podzwrotnikowe delirium."  Mark Kurlansky
grudzień 2023

Mark Kurlansky dziennikarz, tłumacz, pisarz i reporter. Przez kilkanaście lat pracował jako korespondent zagraniczny „Miami Herald”. Specjalizował się w sprawach Europy Zachodniej, Afryki, Azji, Ameryki Południowej i Środkowej oraz Karaibów.
Autor zapuszczał się w wąskie uliczki „żółtego miasta” przez blisko trzydzieści lat. Podążał śladami Hemingwaya, Greena, Carpentiera…Wnikliwie badał historię miasta poddawanego hiszpańskim, afrykańskim, amerykańskim i rosyjskim wpływom. Opowiada o dziejach kubańskiej stolicy, zmianach politycznych, a nawet muzycznych i kulinarnych. Autor wiele miejsca poświęca: barwom i zapachom.
Książka przenosi nas do upalnego miasta. Hawana jest miejscem, gdzie mamy różnorodność.
Chodzi mi: o architekturę, obyczaje, język i kulturę. Całymi latami bała się otwartego morza, bo stamtąd przybywały do niej różnego rodzaju zagrożenia. Zawsze ingerowano z zewnątrz. Panowało tu: niewolnictwo, przemoc, nierówności społeczne.
Hawana jest miastem, które jako pierwsze otrzymywało luksusowe dobra, ale bardzo szybko musiało się pogodzić z tym, że luksus był, ale tylko dla wybranych. Autor opowiada też i o tym, jak różne religie wpłynęły na wizerunek Hawany. W tym temacie wszystko jest tu przemieszane. Świętych jest tu bez liku. Zresztą... Trudno się dziwić. Skoro jest tu wielu wyznawców z różnych kultur.
Życie w kubańskiej stolicy nigdy nie należało do lekkich. Niewolnictwo i różnice społeczne formowały tutaj ludzi. Wszystkich tutaj, jakby jednoczył upał, bieda i zamiłowanie miasta dla ryt-mów, które oddziaływały na ludzką świadomość i na jej światopogląd. Przetrwało przeróżne najazdy i rewolucje.
Hawana zawsze sobie poradzi i zawsze będzie miejscem wszelkiej różnorodności. Tak myślę, bo wokoło nieustannie na nią się patrzy, jakby co, to wielu wyciągnie po nią ręce, a w jakiś czas potem uformują ją po swojemu...
Autor wspomina Hemingwaya, który w Hawanie przebywał dłuższy czas. Jego popularność
przyniosła chlubę wielu miejscom w których bywał. Każdy rozdział rozpoczynają cytaty.
Miasto poznajemy poprzez jego smaki i dźwięki. Czy tak samo jest na całej Kubie? Niekoniecznie. Hawana jest miejscem historycznej walki o wolność. Pomimo codziennych problemów miejsce to udowodniło, że jest piękne i romantyczne bez względu na wpływy z zewnątrz.
Tak czy siak, to miasto: kusi nas i uwodzi. Ma za sobą bardzo trudną historię: kolonializm,
protektorat USA, reżim Batisty, rewolucję Fidela Castro i dominację Związku Radzieckiego. Ulice nasiąknęły, a nawet spłynęły krwią niewolników i więźniów politycznych.
Hawana Marka Kurlansky’ego, to miasto ogromne. Inspirujące pisarzy i filmowców. Ukazuje nam mury, które latami powstawały i kruszały. Miasto grabili kolonizatorzy. Palili piraci. Dobrze miał się tu handel ludzkim ciałem. Było tu szeroko rozpowszechnione niewolnictwo i prostytucja. Przyjmowanie afrykańskich niewolników w jakiś czas potem zaowocowało rasowym tyglem. Ludność ma tu różne odcienie skóry.
Autor kończy: cmentarzami, zrujnowanymi domami, samobójstwami. Jaka w końcu jest ta Hawana? Jaka faktycznie jest Kuba? Co spowodowało, że było tu, czy jest, aż tyle samobójstw?
Autor jakby polecał swoją książkę kubańskim pisarzom. „Tym którzy poparli rewolucję Castro,
tym, którzy byli jej przeciwni i tym, którzy nie opowiedzieli się po żadnej ze stron”. Porusza tu wiele tematów. Głównie są dla tych, którzy dopiero rozbudzają w sobie zainteresowanie tym miastem i uzupełnia wiedzę tych, którzy o niej już coś wiedzą.
Mamy tu przeróżne ciekawostki...
Amerykanie rozwijali swoje interesy cukrowe na tej wyspie. W 1768 r. Hawana miała już latarnie uliczne. Była jednym z pierwszych miast na Karaibach, w których wydawano gazetę. W 1837 r Amerykanie zbudowali pierwszą linię kolejową. Uruchomili żeglugę parową. Pojawił się telegraf. /1851 r /. W 1900 r prywatne / finansowane przez rząd spółki amerykańskie brukowały i łatały ulice, ulepszały instalacje wodno-kanalizacyjne. /pierwsze toalety wyposażone w spłuczki, budowały też elektrownie, doprowadzały elektryczność do domów, budowały chodniki i fontanny w parkach miejskich.
Ciekawe jest też i to, „że w rewolucyjnej Kubie Castro wprowadził prawo, zgodnie z którym Kubańczyk, który chciał przenieść się do stolicy, musiał złożyć podanie i wykazać w nim dobrze zorganizowany plan ułożenia sobie pomyślnego życia w mieście”. Hawana nie była miejscem dla wszystkich Kubańczyków. Castro w ten sposób zmuszał ludność do działania? Pewnie tak. Nie podawał im ani wędki, ani ryby...
Taki gość z wioski pisać i czytać pewnie nie potrafił, ale maczetę i karabin pluskający ogniem trzymać w rękach umiał i do swoich bliźnich trafiał bez problemów. Oddać własne życie dla „sprawy”, też potrafił, ale na jakikolwiek inne luksusy nie miał biedaczysko co liczyć. Ale może się mylę, bo mogło być i tak, i siak...
Kontrolowało się tu dziennikarzy. Już wtedy były dwa kanały; polityczny, a drugi był o kulturze.
Można tu było słyszeć muzykę, która dobiega do przechodnia niemal z każdego okna. W większości podstawą muzyki kubańskiej jest son. Ma pochodzić z połączenia afrykańskiej gry na bębnach i hiszpańskich pieśni. „ Afrykańska muzyka, taniec, religia – wszelkie przejawy kultury afrykańskiej – budziły strach w białych, zarówno w miejscowych, jak i w przyjezdnych. Obawiali się czarnoskórych, którzy byli niesprawiedliwie traktowani? Tak myślę. Był to strach zakorzeniony w rasizmie.
Po co było gnębić i poniżać tych ludzi? Dlatego, że urodzili się czarni? Po co ich było przy-wozić, aż na Kubę. Mogli zostać tam, gdzie się urodzili. Czyż nie tak? U siebie mogli biedować i żyć w ciemnocie. A później obawiano się takiej muzyki? Ale widocznie tak było, bo… „Taki rodzaj muzyki był tępiony przez władzę”.
Jakaś dziwna jest ta Kuba. Hawana też. Tańczą tu, śpiewają. Czy to jest, to rewolucyjne delirium, które przenosi się na obywateli? Ale wkrótce nadszedł inny czas. Nazywa się go „okresem specjalnym”. Wtedy Kubańczykom powiedziano, „że aby mieć co jeść, muszą teraz sami o siebie zadbać”. Odtąd wszystko się zmieniło. „Ich antymaterialistyczne nastawienie i poczucie wnoszenia własnego wkładu dla dobra społeczeństwa, zaczęły się stopniowo ulatniać?”
Nie można pominąć prohibicji, która obowiązywała w Stanach Zjednoczonych. To ona przyciągała do Hawany przestępczość zorganizowaną. Amerykanie przybywali tu często po to, by się napić.
A później, jakby co, to wyciągną w jej stronę ręce, jak po swoje. Pierwszy raz, by tak zrobiono? Nie pierwszy i pewnie nie ostatni, ale nasze ludzkie życie w taki sposób zazwyczaj się toczy...
Władysława Kicińska
DKK Rawicz

"Matka Makryna" Jacek Dehnel
listopad 2023

Makryna Mieczysławska, niegdyś męczennica sławna w całej Europie,figura cierpienia narodu i świętości, wiele lat po śmierci zdemaskowana jako oszustka, dziś jest prawie zupełnie zapomniana. Bohaterka utworów Słowackiego i Wyspiańskiego powraca w nowej XXI odsłonie…

Za męczennicą, cudotwórczynią i prorokinią miała się kryć prosta służąca Irina Wieńczowa. Nie była zakonnicą. Była wdową po wiecznie pijanym, znęcającym się nad nią carskim oficerze, która całe życie spędziła w nędzy i upokorzeniu. Najprawdopodobniej była Żydówką. Nic nie znaczyła w ówczesnym towarzystwie. Zdaje się, że takich kobiet tam nie trzeba./ Jest samotna i cierpi niesamowite katusze z rąk męża alkoholika, i sadysty. Jak się znam, to wstyd jej było przyznać się do tego, że jej życie upływało w taki, a nie w inny sposób. Nie powinno tak być, ale tak było. W każdym razie czeka już tylko na własną śmierć.
Ale śmierć miała dla niej inny scenariusz. Zabiera w dalekie zaświaty jej męża, a ten zostawia żonę na tym padole bez środków do życia.
I co teraz? Kobiety wtedy nie pracowały. Były „hołubione” przez swoich mężów.
Kobieta o której autor pisze nisko upada. Na same dno. Żebrze na ulicach. Ciągle bezdomna, wiecznie głodna, ale się nie poddaje. Jest silna i wytrwała. Dostaje się do klasztoru, a tam podejmuje się wszelkich ciężkich i brudnych prac. Byle tylko mieć schronienie, byle mieć jaki-kolwiek dach nad głową i choć łyżkę strawy.
W swoim nowym życiu musi znaleźć sposób na przetrwanie i na koniec go znajduje. Poznaje pewną bazyliankę z Mińska, która opowiada jej o likwidacji swojego klasztoru. I to jest to, co jej jest potrzebne. Na swoje cierpienie mogła się poskarżyć, ale dopiero wtedy, kiedy prawdziwe blizny ukryła pod zmyśloną przez siebie historią. Jako katowana przez własnego męża żona nie zainteresowałaby nikogo. Może tylko, by usłyszała pogardliwy ludzki śmiech. Jako męczennica za wyższą sprawę, to już tak, bo to bardziej przemawiało do słuchaczy i było mocno zakorzenio-ne w narodowo – religijnych mitach.
Ludzie lubią słuchać wszelkich opowieści. Im są brutalniejsze tym lepiej, bo słuchacze nad
opowiadającą bardziej się litują, a nawet nad jej życiem płaczą. Los prześladowanych unickich zakonnic i ich przełożonej przemawiał do wyobraźni współczesnych. Zwłaszcza do polskich emigrantów, którzy byli ciemiężeni przez carat, dlatego swój los utożsamiali z gnębionymi unitkami.
W jej historię uwierzyli nawet ludzie wykształceni i kulturalni. Starali się przekonać świat
o rosyjskim okrucieństwie wobec Polaków.
Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki i inni..
Przybrana tożsamość powoli w niej się umacnia, a wszelkie kłamstwa płyną ogromnym strumieniem. Makryna zyskuje coraz większe grono zapatrzonych w nią i w jej opowieść wyznawców. Opowiada coraz barwniejszą i bogatszą w makabryczne szczegóły historię, o próbach zmuszania sióstr z Mińska do przyjęcia religii prawosławnej.
Dlaczego się je zmusza do zmiany wiary? Coś takiego powinno być spontaniczne, a nie wymuszone, nie na siłę.
Czym jedna religia różni od innej? Bardzo chciałabym to wiedzieć. Według mnie niczym, bo każda prowadzi do Boga. Według mnie Bóg jest jeden. I tylko jeden. Spryciarze ich rozmnożyli i teraz mamy kilka religii, a przez to wielu Bogów. Tu głównie chodzi: o pieniądze, o wpływy, o władzę nad maluczkimi, o nic więcej. Nasze marne ludzkie życie nikogo nie obchodzi. Kościoły pomiędzy sobą konkurują...? Jest tyle wspaniałych religii, a ciągle mamy kolejne wojny? Mamy XXI wiek. Tysiącami giną ludzie z jednej i z drugiej strony, a religie to aprobują?„Bij, morduj, gwałć”: tak mówi zwierzchnik kościoła? Ale co tam. Niech mówi, co chce. Ale otępiałe owieczki tego słuchają i mu wierzą. Wysyłają własne dzieci na pewną śmierć. Sami będą sobie winni, gdy ich pociechy zginą. Słucha się mądrego przesłania. A coś takiego, co ten mówi nie mieści się w mojej mózgownicy. Już mam ją sflaczałą, czy co? Nigdy czegoś takiego nie pojmę. Przynajmniej nie na trzeźwo…
Obserwujemy jakim zmianą podlega Makryna. Od rozpaczy. Przez kłamstwo, przez fałszywą
pobożność, aż do mistyfikacji. Sama pewnie w nią uwierzyła.
Mało jest fałszywców, którzy gorliwie się modlą? Jeśli mi ktoś nie wierzy, to wystarczy spojrzeć na dzisiejsze środki masowego przekazu. Nie trzeba za dużo szukać, bo wiele grzechów jest nam tam podanych, jak na srebrnej tacy...
Czy Makryna jest oszustką? Nie wiem. Według mnie ratuje własne życie. Bo zwyczajnie po ludzku ona też się boi i też chce żyć, chce tylko i wyłącznie spokoju po wielu latach, jakie jej zafundował wiecznie pijany mąż. Wiele niezbyt „fajnych” rzeczy widzi w zakonie do którego przed biedą i bezdomnością się schroniła. Według mnie, Makryna chce żyć tak, jak żyją inni ludzie. Idzie ze swoim problemem do spowiednika i co słyszy?
„Mam nieść swój krzyż i nie obrażać Pana Boga swoimi narzekaniami” Pamiętasz – mówił,
jak „Pan Jezus przyjmował kielich goryczy w Ogrójcu...” „A przecież i jego bito…”
„ Ze swoich, córko, przychodzisz się spowiadać grzechów czy z cudzych? Jeśli mąż twój podnosi na ciebie rękę, to Bogu przez swojego spowiednika przekaże, już ty się do tego nie mieszaj, własnych grzechów masz, jak wszyscy, aż nadto”. str. 380 i 381
Spowiednik znał jej grzechy? Nawet te nie wyjawione: przez nią ze strachu lub wstydu? To ja się pytam. Po co przed kimś takim się spowiadać. Skoro ten ktoś i tak jest wszystko wiedzący?
Kobiet nigdy się nie szanowało i pewnie nigdy nie będzie. Jeden z naszych hierarchów, tyle narzekał na kobiety i to nie jeden raz. Biedaczysko zapomniał, że Matka Boska była kobietą i kobieta go urodziła, ale skąd miał o tym wiedzieć. W seminarium tego nie uczą i sami mężczyźni tam są. Czyż nie tak? Ale jest w naszym życiu i taki, któremu na mszy w kościele śmierdzi perfumami, bo kobiety nimi się kropią. Wyraźnie podkreślił, że ten smród to wina kobiet. Trochę bym się z tym zgodziła, ale tylko trochę, bo niektóre faktycznie z tym prze-sadzają, ale wyraźnie podkreślił, że to wina kobiet. Zawsze kobiet. Co tylko by się nie stało, to jest tylko wina kobiet. Sam należy do tych, co nie ma zgody na to, by odprawiał msze święte, ale i tak je odprawia. Chodzą go słuchać? Chodzą. Czy ci ludzie są mądrzy? Nie wiem. Czy lubią czegoś takiego słuchać? Pewnie tak? Inaczej by ich tam nie było.
Gdzie Makryna miała ze swoimi problemami się udać. Nawet w klasztorze nie było zbyt różowo. Według mnie psychiczna nie była, jak już, to pieskie życie ją taką zrobiło.
Nasz ludzki świat od zawsze wlecze się powolutku. Tupta nieustannie w miejscu. Tylko walka o mamonę zawsze jest szybka. Konflikty zbrojne też są szybkie. Kłamstwa i wszelkie obietnice: od zawsze były i zawsze będą na pierwszym miejscu. Zwykły człowiek nigdy się nie liczył i nie będzie się liczył. Nikt z rządzących Boga się nie boi. Bo pieniądz, władza i wszelkie zaszczyty są dla nich prawdziwym Bogiem.
Należy gorąco podziękować autorowi. Jackowi Dehnelowi za to, że chciało mu się szukać po archiwach, by znaleźć to, co w nich znalazł. Wykonał olbrzymią pracę badając źródła. Odmalował portret kobiety udręczonej i solidnie „kopniętej” przez nasz ludzki los. Matka Makryna, to także opowieść o tym, jak łatwo jest manipulować ludźmi, rzucając im ochłap, tylko po to, by porwać za sobą tłumy.
Nam szarym ludziom niczego nie trzeba, jak tylko męczenników, tylko oni do nas przemawiają. Autor wziął na swój warsztat pisarski intrygującą historię. Szkoda, że tak niepochlebnie o tej kobiecie się pisze. Według mnie święte osoby można znaleźć nawet poza kościołami i klasztorami. Niekoniecznie w habitach, ale tego i tak nikt nie zobaczy, bo dookoła ludziska ślepną i głuchną, gdy taka pochyla się nad swoim niepełnosprawnym z wieloma chorobami dzieckiem. Ważne, a nawet najważniejsze są płody. Te dzieci, które jeszcze się nie urodziły. O tych już urodzonych „ważni aktywiści” nie mówią, nie sypną na nie kasą. Dużą kasą. Bo na nie duża kasa jest potrzebna, tylko by osądzali matki, które same zostają z tym problemem i by je wsadzali do więzień. Na więzienie zawsze znajdzie się kasa, a na kobiety od zawsze sypią się gromy. Ma się maluch urodzić i już, a potem tak samo, jak Makryna ląduj z nim pod najbliższym mostem. Na tym świecie nie można liczyć na nikogo. Ani na męża, ani na tych „wspaniałych” ludzi, którzy nam nieustannie mówią: nie wolno, nie pozwalam. Nie pozwalam i już.
Władysława Kicińska
DKK Rawicz

"Spadając" Don Delillo
październik 2023

Spadając – Don Delillo, to książka o 11 września i o dniach i latach, które nastąpiły potem.
Autor opisuje zdarzenie, które wstrząsnęło Ameryką i odmieniło jej tożsamość. Ta historia zaczyna się wśród dymu i zgliszcz, które pozostały z płonących wież...
Keith, prawnik i pokerzysta cudem ocalały z jednej z wież, w pierwszym odruchu wraca do żony, Liane, którą wcześniej opuścił. Ona rozpamiętuje przeszłość. Nie może w niej odnaleźć bliskiego jej kiedyś mężczyzny. Mamy tu jeszcze małomównego synka Justina, który wystaje w oknie, wypatrując na niebie kolejnych samolotów. Nad ich życiem ciąży poczucie straty i żalu. Mężczyzna stara się odzyskać sens życia, który utracił w poprzednim życiu. Czy mu się uda? Pokerzyście? Bardzo chciałabym, to wiedzieć...
Autor dzieli świat na ten przed samolotami i na ten po nich. Nie zajmuje się analizowaniem motywów zbrodni. Choć uważa, że religia nie miała tu większego znaczenia. Ciekawe, co takiego miało tutaj znaczenie? Tam! Wysoko w górze. W lecących samolotach...
„ … ludzkie głosy wzywające Boga, to straszne, gdy sobie coś takiego wyobrazić. Imię Boga na ustach zarówno zabójców, jak i ofiar”.
Wszyscy w tych samolotach zginą. Zabójcy, pasażerowie, załoga i ludzie w wieżach, w które za moment uderzą. Jak z tym u licha jest? Zabójcy mają za nic własne życie? Przecież oni też zginą. Dlatego pytam. Kto ich szkolił do takich „heroicznych”czynów? Czy ten ktoś umrze tak samo, jak oni? W takiej samej akcji? Czy wokoło niego będą latały kolorowe fajerwerki, a może będzie umierał powoli, a rak będzie go toczył. Co zrobi, gdy z bólu będzie wył, jak takie dzikie zwierzę? Skróci swoje doczesne życie? A może będzie liczył na bieluchne Anioły, które na własnych, bo na anielskich rękach wniosą go do jego Raju i do jego Boga, bo chyba mocno w niego wierzy, skoro na siłę wysyła do niego innych często niewinnych ludzi. Pewnie jakieś grzeszki mają, ale nie wszyscy mają tak ciężkie, by w godzinie próby brać je pod uwagę.
„To nie jest samobójstwo w żadnym sensie ani interpretacja tego słowa. To tylko coś od dawna  zapisanego. Odnajdujemy drogę, która i tak jest dla nas wytyczona” ‒ mówi autor.
„Co z innymi, których zabiorą ze sobą”.
„Umieramy tylko raz”.
„Umieramy raz, za to popisowo”.
„Miłość do śmierci”.
A jeszcze i to.
„To wizja nieba i piekła, zemsty i zniszczenia”.
„Nie ma boga nad Allacha, A Mahomet jest jego prorokiem”.
Taka ma być ta wspaniała religia? Zabijać niewiernych? Co tych mądrali obchodzą grzechy innych ludzi albo to, że nie są wierzący w Islam, w Allacha. Martwią się, że ci co nie wierzą, ze swoją niewiarą nie dostaną się do ich Raju. A może się dostaną? Każdy powinien martwić się o siebie, nie o innych.
„Islam to walka z wrogiem, bliskim i dalekim, najpierw Żydzi za te wszystkie niesprawiedliwości, a potem Amerykanie”. „Wypełniali swoją powinność, która w wypadku ich wszystkich, złączonych ufnością w braterstwie krwi, oznaczała zabijanie Amerykanów”.
„W Afganistanie zrozumiał, że śmierć jest silniejsza od życia. Wszystko było islamem. Nawet rzeki i strumienie”.
Bardzo to wszystko ciekawe. Nie ma innego sposobu, by nam ludziom było lepiej, jak mordowanie swoich bliźnich, niewinnych ludzi? Po co takiemu przywódcy wielkie majątki skoro w razie „W” siedzi w bunkrze i ma cichą nadzieję, że ochrona nie skróci go o głowę? Płaci im nieźle, ale czy do końca im wierzy? Chciałabym i to wiedzieć, bo tego też jestem ciekawa.
Za długo biedacy jesteście w izolacji. Tak myślę, dlatego wam...
Nie dokończę tego zdania, bo i po co. Czy ja tu coś znaczę? Akurat. Nie liczę na fajerwerki.
Jak już, to na spadające bomby, jeśli nam wszystkim w mózgownicach się nie poprawi.
Wszelkie religie, według mnie chcą mieć nad nami władzę./ Chcą być lepsze od innych religii? Może i tak. / Nie tylko chcą panować nad naszym ciałem, ale nad naszym mózgiem i nad naszą duszą. Coś takiego nie mieści się w mojej głowie. Po co tamtym było potrzebne zniszczenie samolotu z ludźmi w środku? Po co było rozwalać te ogromne wieże, które z takim mozołem budowano? Bez tego ci fanatycy do Raju, by się nie dostali?
Za własne grzechy odpowiemy tutaj na ziemi przed naszymi władzami albo po naszej śmierci
rozliczy nas Bóg. Taki czy inny, ale nas rozliczy. Tak czy siak ktoś nam dokopie. Liczą na to, że Bóg im za ten „heroiczny”czyn pogratuluje? Nie wiem. Może przymknie swoje boskie oko i im odpuści, bo z miłości do niego sobie samym zaszkodzili. Ale czy na tamtym świecie ich czyn będzie dobrze przyjęty? Nie wiem. Zostawię to Bogu. Według mnie, będzie, co będzie.
Minęło sporo czasu od tamtego prawdziwego wydarzenia. Czy coś w tej materii się zmieniło?
Akurat. Mamy w Europie kolejną wojnę. Hierarchowie kościelni zamiast tę rzeź jednej i drugiej strony powstrzymać, to swoim gadaniem, tylko ją podsycają.
Nie udał się panu Bogu człowiek i tyle. Książka „Spadając” podobno jest fikcją literacką. Nie
nazwałabym jej wielkim wydarzeniem, bo coś takiego naprawdę się stało. Czy Ameryka teraz jest inna. Myślę, że wciąż jest taka sama. Z tym tylko, że Amerykanie częściej będą patrzyli na latające w górze samoloty. Nic ani nikt tego nie zmieni. Dlaczego? Bo my, żyjący na tej planecie ludzie już tak mamy. Zaszczyty dla nas się liczą, duże pieniądze i władza nad ciemnym narodem. Wytłuką naród, to kobiety albo baby, / bo i tak trzeba nam, to przedziwne zjawisko nazwać/, znowu im urodzą, by w jakiś czas potem mieli do czego strzelać. Od tego u diabła te babska są. Czyż nie tak? Kobiety na tym świecie się szanuje? Akurat. Faceci są wielcy, a kobiety, tylko ich podnóżkami i jeszcze są od czegoś… Nic więcej nie powiem, bo i po co…
Książka jest dla tych, co szukają… Nie wiem, bo może, tylko kropki nad i… A może sensu naszego życia? Pytanie, czy je znajdą, bo śmiem w to wątpić.
Spodziewałam się czegoś innego po tej książce. Okładka na to wskazywała. Ale mnie solidnie rozczarowała. Tylko tyle do mnie przemówiło, albo aż tyle; płonące zgliszcza, wszechobecny dym i unoszące się wokoło popioły.
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

"Historia pszczół " Maja Lunde
sierpień 2023

Maja Lunde norweska pisarka, autorka książek dla dzieci i młodzieży... Historia pszczół odnio-
sła ogromny sukces rynkowy i została uhonorowana Norweską Nagrodą Księgarzy...
Mamy tu trzy zwyczajne historie. Są tu pszczoły i walka o przyszłość naszej cywilizacji. Akcja
toczy się na trzech płaszczyznach, ale łączą ją pszczoły...
William jest przyrodnikiem. Kiedyś marzył o karierze naukowca przyrodnika. Wpadł na pomysł,
by zmienić konstrukcję ula. Nie ma pojęcia, że już ktoś nad tym pracuje. Ale los chciał inaczej. Żona, gromadka dzieci, które trzeba ubrać i wyżywić, i sklep z nasionami. Mężczyzna ma poczucie życiowej porażki. Przez to pogrąża się w depresji. Po co to robi? Chciałoby się w tym miejscu zapytać. Sklep, sklepem, ale można zacząć od obserwacji? Czyż nie tak? Od razu trzeba pogrążać się w takim marazmie?
„ Budować trzeba od podstaw. W zoologi zawsze trzeba zaczynać od obserwacji”. Tak uważa
Charlotta.
George prowadzi rodzinną hodowlę pszczół. Jest właścicielem kilkuset uli. Chce rozwijać swoją
farmę, by ją w spadku przekazać jedynemu synowi. Ma nadzieję, że Tom przejmie po nim interes, ale chłopak ma inne plany. Posmakował życia poza rodzinną farmą. Marzy o zostaniu pisarzem.
Tymczasem w całych Stanach wymierają pszczoły. Dlaczego te ważne i pożyteczne owady giną? Tego nikt nie wie. Może wie, ale i tak nic nie mówi.
Chiny jako jedyne miejsce na ziemi poradziło sobie z katastrofą. Tao od rana do nocy pracuje
nad zapylaniem kwiatów. Zapyla drzewka owocowe ręcznie. Owoce są podstawą gospodarki Chin. W świecie, w którym nie ma pszczół, każdy owoc jest na wagę złota, a każda para rąk musi wykonać tę ciężką pracę. Nawet ośmioletnie maluchy pracują. Pragnie by jej syn, Wei-Wen uniknął jej ciężkiego losu. Ale pewnego dnia dziecko znika ze szpitala w tajemniczych okolicznościach. Matka wyrusza w podróż, by malca odszukać. Dlaczego kobiecie nie chcą powiedzieć, gdzie jest jej syn? Czyżby lekarze coś kryli? Po co ta cała maskarada z wojskowymi namiotami w tle? Podejrzewają u chłopca coś takiego, co sami wywinęli? Po co te kłamstwa i niedomówienia? Do czego jest tu potrzebna wysłanniczka komitetu? Akurat tego nie można pojąć ani zrozumieć.
„Historia pszczół”, to powieść, która ukazuje nam ludzką psychikę. Napięcia pomiędzy rodzica-
mi i dziećmi, szarość dnia codziennego i pasję, która daje siłę do walki o lepsze jutro. Autorka nie tylko opowiada nam o ludzkich problemach i kłopotach, ale też o niezwykłych owadach, o ich miejscu w przyrodzie i w ludzkiej cywilizacji. To historia o miłości rodziców i dzieci, o odpo-wiedzialności i poświęceniu. Nie tylko ukazuje nam, jak owady w naszym życiu są ważne, ale każe nam śledzić apokalipsę, która nieubłaganie zbliża się w naszym kierunku.
Człowiek pragnie kontrolować nawet najmniejszą cząstkę świata naturalnego. Mówi się tu o glo-
balnym ociepleniu, o gatunkach zwierząt i owadów, które niebawem wyginą, o zbyt dużym eksploa-
towaniu surowców naturalnych.
W autorki wizji pszczoły powoli opuszczają człowieka. Kojarzą nam się z miodem, bzyczeniem.
Nie myślimy o ich pożyteczności. Gdy pszczoły wyginą. Wtedy będzie głód. Mimo zmian zacho-dzących na przestrzeni wieków, to tylko człowiek pozostaje niezmienny. Przede wszystkim zajęty jest zapewnieniem swojemu potomstwu, jak najlepszych warunków do życia. Lubi nad innymi się wywyższać. Ciągle mu wszystkiego mało i mało. Chce by mu budowali pomniki? Nie wiem po co mu są potrzebne. W jakiś czas potem pomniki takich mądrali się niszczy. Każdy z nas z reguły dostaje, to samo. Cztery długie deski albo niewielką cukierniczkę. Taki czy inny los nas wszystkich w końcowej fazie naszego życia czeka. W jakiś czas potem nawet nazwa ulicy, z jakimś dawnym panem i władcą będzie nieaktualna. Ktoś będzie takiego mądralę pamiętał? Akurat.
Autorka wyciąga na wierzch wszelkie kłótnie i przemilczenia, wszystkie ciężkie chwile ojców,
którzy nie chcą zrozumieć swoich synów, wszystkie krzywe spojrzenia dzieci.
Najsmutniejsza historia rozgrywa się w Chinach w 2098. Opowiada o opuszczonych miastach,
wiecznym głodzie i władzy, która prawie jest nieobecna, ale nadal groźna.
Świat po wojnie popadł w nędzę. A ludzie są obojętni wobec schorowany staruszków pozosta-
wionych bez opieki na pewną śmierć. Odsyła się starych ludzi w niewiadomym kierunku i po-zostawia samych sobie. Dzieci nie protestują. Społeczeństwo też nie protestuje. Nie ma nic przeciwko takim działaniom. Każdy tu troszczy się o siebie o własną skórę, dąży się do zaspo-kojenia własnych potrzeb i własnych ambicji.
W tym miejscu chciałoby się zawołać.
Dlaczego tak robisz, mądralo? Ty też kiedyś będziesz stary i niedołężny. A może starości nie
doczekasz, cwaniaczku! Myślisz, że jak ci zmienią, wymienią, to trzy tamto, to będziesz wieczny? Przyszła kryska na Matyska, przyjdzie i na ciebie.
Czy patrząc w ten sposób na własne życie robimy dla siebie i dla swoich bliskich dobrze? Aku-
rat. Będzie odwrotnie. Zginą pszczoły. Ludzie by przeżyć będą musieli je zastąpić w ich obo-wiązkach. Zrezygnują ze swego człowieczeństwa. Nie będą się uczyć, bo i po co. Do zapylania kwiatów wiedzy nie trzeba. Łatwiej jest kimś niedouczonym sterować. Jedynymi, którzy przeżyją globalną katastrofę, będą Chińczycy. Tak myślę.
Pszczoły dbają o swoją królową i o nowe owady, tak samo, my ludzie, powinniśmy dbać o sie-
bie, o swoje potomstwo i czerpach radość z własnej pracy. Czy tak robimy?
„ Za tych starych ludzi nie jestem odpowiedzialna. To rola szpitala. I rodzin. Ktoś ich opuścił.
Tym razem, to nie byłam ja”, myśli Tao.
Każdy z bohaterów ma dziecko lub dzieci. Ma też marzenia z nimi związane, chce im przekazać
to, co według niego jest najlepsze. Często nie zdaje sobie sprawy z prawdziwych marzeń swoich potomków.
Tao też jest obojętna na to, co wokoło się dzieje. Dla niej ważny jest chłopiec, jej maleńki syn.
Autorka opisuje zależność pomiędzy światem przyrody i światem ludzi. Każdy z nas ma do spełnie-
nia określona rolę, czy to w ulu, czy w rodzinie, a nawet w społeczeństwie. Jeśli ktoś się wyłamie z tych schematów może dość do katastrofy. W ulu, każdy pracuje na rzecz innych. W spo-łeczeństwie też powinno tak być. Jesteśmy częścią światowej przyrody i musimy wspólnie działać na rzecz jej ochrony i środowiska w którym żyjemy. Człowiek przez swoje działania może doprowadzić do upadku kraju i własnej cywilizacji.
W każdej z tych historii była jakaś kobieta, która dawała nadzieję. Córka Anglika, która poniosła
w świat dorobek swojego ojca. Żona Amerykanina, dzięki której ich syn powracał na rodzinną farmę i nie odwrócił się całkowicie od swego ojca. I pełna miłości Chinka, gotowa na największe poświecenie, byle tylko odnaleźć własne dziecko.
„Historia świata pisana jest losami kobiet, a miłość macierzyńska jest najczystsza. Najbardziej
bezinteresowna”.
„ Czytelnicy mówią mi, że Historia pszczół pozwoliła im spojrzeć na świat trochę inaczej. Mó-
wią: Nagle widzę wokół siebie te wszystkie owady! Zauważam pszczoły, słyszę ich bzyczenie. Ja też zaczęłam je zauważać i doceniać. Jesteśmy częścią przyrody, osobno nic nie znaczymy. Podobnie jak u pszczół – ul jest ważniejszy niż pojedyncza pszczoła. Nie pracują dla siebie, pracują dla dobra ula. My ludzie, możemy się sporo od nich nauczyć”.
Maja Lunde
*
Możemy się od nich nauczyć, to święta prawda, ale czy rzeczywiście nad tym myślimy, czy
chcemy coś zmienić. Autorka ukazuje nam rok 2098. W nim ma nadejść Apokalipsa. Upadek na-szej cywilizacji. Według mnie będzie szybciej. Powoli już następuje. Mamy zapadliska z grobami bliskich w tle. Obywatele nie kochają swoich bliźnich. Ten ma więcej, a ja co mam? Siedzi na ławeczce i spogląda na swojego sąsiada złym okiem. Wyciągają ręce po mamonę. Po co ma iść do pracy skoro mamonę do rączki dostaje? Wymyślili pociągi z miejscówkami. Jedzie krótko ma siedzonko, a ten co jedzie długo stoi, jak taki słup soli. Przynajmniej tak długo, aż się nie rozpuści. Nikt miejsca nie ustąpi starej kobiecie. Zapłacił za bilet. Kurcze blade. Ona też zapłaciła. Nikt z ca-łego wagonu nie podniósł swojej „pudernicy”. Podeszły dwa dziewczątka. Chciały by stara kobieta usiadła, ale starsza pani pomyślała. „Niech tej dwójce dzieciaczków dobrze życie się plecie”. Trzy razy podczas tej podróży ustępowała miejsca, bo to były tych pasażerów miejscówki. Nie jest śmieciem ani żebrakiem. Ona też zapłaciła. Stała, aż do końca. A za naszą granicą? Surmy grają? Akurat! Bomby padają, rakiety. Drony, co i rusz też latają. One też coś tu i tam zrzucą. Już mamy najprawdziwszą Apokalipsę. Jak się znam, to ta nadchodząca będzie, tylko ciut większa.
A ja...Będę pamiętać, by każdą pszczołę, która wpadnie do mojego mieszkania skierować do wyjścia. Ma wylecieć oknem bez uszczerbku na swoim zdrowiu. Od dawna tak robię. Czy to coś pomoże? Nie wiem, ale myślę o własnych dzieciach i wnukach. Cała reszta do innych zależy.
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

"Ten dziwny wiek"  Kiley Reid                                                                                                                                                                          lipiec 2023

Autorka Kiley Reid mieszka w Filadelfii w stanie Pensylwania. „Ten dziwny wiek”to jej pierwsza powieść i światowy bestseller. Zdobyła tytuł Międzynarodowej Książki Roku…
Ma to być „historia o nas – mieszkańcach współczesnego świata”.
„Czy naprawdę jesteśmy wolni? Czy umiemy decydować o sobie? Czy potrafimy wyzwolić się ze schematów, odciąć się od oczekiwań i protekcjonalizmu? Czy mamy odwagę żyć własnym życiem? „Ten dziwny wiek” to opowieść o dojrzewaniu do wolności”.
Tyle nam piszą na temat tej książki? Zaraz zobaczymy, co takiego ta mądra książka w swoim wnętrzu zawiera?
Mamy tutaj historię Emiry Tucker. Jest młodą czarną opiekunką do dzieci. Poznajemy ją w chwili, gdy zostaje oskarżona o porwanie białego dziecka, którym tak naprawdę się opiekuje. O co tutaj faktycznie chodzi? O nic nadzwyczajnego, tylko jak zawsze o to samo, o uprzedzenia rasowe.
Ktoś nagrał to całe zamieszanie. Namawia Emirę do wszczęcia procesu, ale dziewczyna nie chce tego robić, nie chce pokazywać publicznie swoich słabości. Źle robi, czy dobrze? Trudno powiedzieć. Dziewczyna nie wierzy ani mediom, ani swojej pracodawczyni. Dlaczego ta biała kobieta próbuje się z nią zaprzyjaźnić? Emira nie potrafi tego pojąć. Może ją lubić, szanować, ale przyjaźń? Po co? Dlaczego?
Pracodawczyni Emiry, to Alix Chamberlain. Kobieta, która zwykle dostaje to, czego chce. Osobą skromną z pewnością nie jest. Zarabia dzięki wypracowanej przez siebie marce, a ta zbudowana jest na pewności siebie. Pokazuje innym kobietom, co mają robić, by osiągnąć sukces tak samo, jak ona go osiągnęła. A to by znaczyło, że jej miłe uśmiechy, to jeden wielki „bubel”. Przecież gardzi ludźmi ze swego otoczenia.
Według mnie jej pewność z siebie wynika z tego, że kobieta jest biała, a to bardzo duży plus w otaczającym ją świecie. Człowiek czarny zawsze będzie samotny, a przynajmniej zalękniony. Niepewny tego, co za moment się stanie ani tego, co mu przyniesie jutro.
Alix jest zszokowana, gdy pewnego wieczoru opiekunka jej dziecka Emira Tucker, którą prosiła
o pilne zajęcie się małą, staje się ofiarą pomówień. Kiedy ochroniarz ekskluzywnego supermarketu zobaczył czarną kobietę z białym dzieckiem, natychmiast oskarża Emirę o porwanie. Briar ma, tylko dwa latka. Oczywiście robi się afera. Natychmiast zbiera się tłum. Mały, ale zawsze tłum. Emira jest wściekła i upokorzona. Według mnie dziwny jest ten facio. Strasznie jest szybki w po-dejmowaniu decyzji. Gdyby złodziejką była biała, czy też tak by się śpieszył? Ukradła dziecko i po-szła z nim w publiczne miejsce. Po co? By się nim pochwalić? Też coś... A pozostali. Jacy szybcy byli w osądzie.
Alix postanawia wszystko naprawić...
Mamy pytanie. Ciekawe jak to zrobi? Pracodawczyni jest białą uprzywilejowaną kobietą, która stara się za wszelką cenę udowodnić, że nie jest rasistką. Pytanie czy ma czyste intencje, czy tylko uśmiech na twarzy i miłe gesty.
Kobiety są z odmiennych światów; z „czarnego” i „białego” jedna jest bogata, a druga u niej pra-
cuje. Panuje tu obłuda i zakłamanie...? Czy faktycznie tak jest...?
Sytuacja w supermarkecie staje się punktem wyjścia dla historii o rasizmie, o przywilejach dla niektórych grup społecznych.
Emira Tucker jest spłukana i bardzo nieufna wobec chęci pomocy swojej pracodawczyni. Traci
ubezpieczenie zdrowotne, bo ma już dwadzieścia pięć lat i nie ma pojęcia co ma dalej robić. „Ten dziwny wiek” ukazuje nam, jak bardzo skomplikowane jest bycie dorosłym.
To ma być debiut na nasze czasy. Mam tu kolejne pytanie. Dla kogo ta książka jest debiutem?
Jak już, to tylko dla piszącej i dla tych, co ją przeczytają. Pozostali do tej książki nie zajrzą. Niczego się nie nauczą. Ani o kolorze skóry, ani o przywilejach z tego płynących.
Wydaje nam się, że żyjemy w innych, w lepszych czasach. Dlaczego? Bo wokoło nas ostatnio
często rozbrzmiewają różne mądre i ważne hasła. Mówią nam o równości, o tolerancji. Tymczasem autorka uświadamia nam swoją książką „Ten dziwny wiek”, że wcale tak nie jest, że rasizm nadal ma się dobrze, że jego oblicze zostało, tylko trochę wygładzone, podkolorowane i ciut „przykryte” przez białych, którzy siebie nazywają „wybawcami”.
Czy faktycznie takimi są...?
„Ten dziwny wiek”, to opowieść o dobrych intencjach, o dobrych chęciach, którymi nawet pie-
kło ma być wybrukowane. Często tak się mówi.
Autorka pokazuje nam ciut inny rasizm. Ten, który się ukrywa pod taką przykrywką jaką jest
tolerancja. Czy ten nowy rasizm jest nieświadomy, ale stał się częścią współczesnej rzeczywistości? Tego nie wiem, ale autorka zmusza nas do myślenia. Stawia nam niewygodne pytania. Myślę, że często są wzięte z jej prywatnego życia.
„Ten dziwny wiek” oferuje nam przystępną formę tego, co wokoło nas się dzieje, ale jest chyba
tylko dla wybranych, bo większość po nią nawet nie sięgnie.
Może dojrzewanie do wolności tutaj jest, ale czy kiedykolwiek do tego dojdzie? Nie sądzę. Tak
od zawsze było i pewnie nadal tak będzie. Nic ani nikt tego nie zmieni.
Ktoś kiedyś mówił o człowieku, o ludziach i przeróżnych ludzkich rasach jako o „ludzkiej” ro-
dzinie. Mamy wszystkich kochać i szanować. Ale mam i tutaj niezwykle ważne pytanie, czy w tym co się dzieje jest jakaś ludzka rodzina. Czy tylko jej namiastka, bo może jest tu, tylko fałsz i obłuda. Pewnie nie ma tu nic więcej, bo swój do swego zawsze pociągnie… Zły do złego. Dobry do dobrego. Który z tej dwójki zginie. Wiadomo...
Tak naprawdę, to mamy XXI wiek. Czy coś w tej ważnej „materii” się zmieniło? Akurat. W in-
nych też nie. Znowu do głosu doszła, jakaś głupia ideologia, która pozwala na to, by kolejny raz rozrywały się bomby, by „ludzka rodzina” krwawiła, by znowu było co błogosławić, gdy po kolei albo całymi grupami będziemy podążali wysoko na chmurkę. „Ten dziwny wiek” tego nie zmieni. Może, tylko autorce zrobiło się lżej, bo napisała o tym, co w jej duszy nieustannie „grało”. A grało na pewno. Nie grało w niej szczęściem, ale kolejny raz powiało ogromnym smutkiem. Jednym słowem zrobiło się żałośnie. Zazwyczaj tak bywa, gdy dochodzą do głosu takie ważne sprawy, jak segregacja rasowa i cała reszta...
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

"Ciche wody" Sarah Moss                                                                                                                                                                                  Czerwiec 2023

Tym razem mam przed sobą „Ciche wody” Sarah Moss. Książka jest nominowana do Orwell
Prize, nazywana najlepszą jak dotąd powieścią Sarah Moss, trzymająca w napięciu historia, która rozgrywa się w ciągu 24 godzin…
Na kemping w Szkocji przyjechało trochę turystów. I fajnie... chciałoby się powiedzieć. Problem
w tym, że pogoda jest paskudna. Od kilku dni pada deszcz. Ktoś powie, że deszcz jest potrzebny. Chwała mu za to, co mówi, bo faktycznie tak jest. Bez deszczu, by nie było życia. Czyż nie tak?
Problem w tym, że nie są u siebie, tylko poza domem i przestrzeń jest tu ograniczona. Jak to na
kempingu. Spodziewali się tu wielkich atrakcji, a tymczasem wyszły z tego strasznie dłuuugie „nici”, a przecież sporo zapłacili za bycie w tym miejscu. Tymczasem dostali wakacje, jak z praw-dziwego koszmaru. Jednym słowem rodziny są znudzone.
Biedaczyska mają zważone humory. Kto umie i chce, to próbuje zorganizować sobie czas. Moż-
na oglądać filmy przyrodnicze. Gdy tak na nie się patrzy, to tak samo, jak te susły z ekranu chciałoby się być na wpół martwą. Chciałoby się umierać przez trochę deszczu? Dlaczego aż tak?
Jedna z kobiet biega. Po co to robi? Pewnie po to, by mięśnie, by całe ciało miała ładnie wyrzeź-
bione. Ale nie wszyscy tak robią.
Autorka skupia się na jej biegu. Na innych osobach tego nieudanego turnusu również. Mamy tu-
taj rozmyślanie o śmierci i starości. W domu też można było to zrobić. Po co, aż tu z takimi smętami było przyjeżdżać. Tutaj można było sobie takie myśli odpuścić, ale się nie odpuściło.
Wystarczy, że jedna osoba czy rodzina imprezuje, to pozostałe nie śpią. Tak tutaj też jest.
Myśli bohaterów płyną tak samo, jak woda po okiennych szybach. W najgorszym wypadku moż-
na jeszcze pooglądać, jakby się chciało zacieki od wody na suficie. Kiedyś tu pewnie przesiąkało. Później to mokre wyschło i tak już zostało.
Tak czy siak mamy tu nudę i nieustanne narzekanie. Każdy fragment jest tu opowiedziany z per-
spektywy innego bohatera. Nikt nie myśli o innych, tylko wyłącznie o sobie…
Brakuje mi dialogów. Często autorka zmienia bieg myśli swoich bohaterów. Nie ma tu jakiegoś
takiego spięcia, by to wszystko w jakiś sposób się łączyło. Nie wiem, bo może się mylę. Ale każdy tu sobie rzepkę skrobie. Jednym słowem nuda. Prawda jest i taka, że to nie jest moja bajka. Nie lubię w ten sposób napisanych książek. Ale chylę czoło przed autorką. Nie mam bladego poję-cia, jak to zrobiła, bo chyba się nie pogubiła w tych różnych sarkazmach i klimatach?
Władysława Kicińska
DKK Rawicz

"Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci" Jacek Hołub                                                                          Październik 2022

powrót do wszystkich aktualności
Strona używa plików cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.