+ A A - wcag-contrast-on
icon facebook icon youtube icon instagram icon bip
Recenzje DKK

Recenzje DKK

Hen Na północy Norwegii
Ilona Wiśniewska

Najdalszą Północ Europy Ilona Wiśniewska ogląda oczami umierającego starca, wsłuchuje się
w nią razem z Mari Boine – najsłynniejszą na świecie saamską wokalistką i godzi się z tymi, którzy nie mają dokąd wyjechać.
Finnmark to kraniec. Nie ma znaczenia, skąd się patrzy, bo to nadal będzie albo daleko, albo bardzo daleko. Słowo „hen” w norweskim odnosi się do odległości, tyle że równie dobrze może znaczyć „ po drugiej stronie globu”, jak i „tuż za rogiem”. Hen to równocześnie daleko i blisko...

Finnmark ma być największym i najrzadziej zaludnionym regionem Norwegii. Przenikają się tu kultury: lapońska, fińska, rosyjska i norweska. To garstka ludzi, ryby, renifery, bezwzględne morze
i kamień na kamieniu. Zimne lato, surowa zima i wiatr, który przenika człowieka do szpiku kości. Hen to opowieść o kulturze i historii tej ziemi, o ludzie, który zamieszkuje ten niezmierzony, zmrożony region. Autorka pokazuje nam tradycję: od najazdu wikingów, przez procesy o czary, do zniszczeń po II wojnie światowej. Przez przesiedlenia, aż do dnia dzisiejszego, w którym zapomina się o tradycji tego narodu, który jest tu w mniejszości.
Ilona Wiśniewska odważnie obserwuje to, co ją otacza. Wplata historie pojedynczych ludzi w tło historyczne. Przedstawia nam ich codzienne życie, wady i zalety. Nawiązuje z nimi bliskie relacje. Północ nie jest tu idealizowana.
Pisze o surowym, trudnym życiu, gdzie człowiek musi tu codziennie walczyć. O co? O wszy-stko. Z czym? Z morderczą pogodą, z sąsiadami, z ograniczeniami własnego ciała. To miejsce jest dla ludzi upartych i twardych, jak sama północ. O sobie mówią: jesteśmy biedni i rozrzutni, ciekawi, naiwni i samowystarczalni.
Te zimne ziemie od lat przyciągają. Kuszą czymś, co dla nas jest nieznane, jakby tu panowała przedziwna magia. Finnmark jest owiane złą sławą. Budzi utrwalane od wielu pokoleń uprzedzenia: strach, nieufność i pogardę. Co i rusz wysuwa się tu walka, którą toczą Saamowie – lud Północy –
z Norwegami. Walczą o własną tożsamość, odrębność, wolność i godność.
Surowe warunki życia tubylców zostały opisane w taki sposób, że niemal czujemy na twarzy mroźny wiatr i słyszymy pod butami skrzypiący śnieg. Wszelkie opisy są tu realistyczne. Pozbawione upiększeń.
Wszelka codzienność naznaczona jest tu cierpieniem. Internaty, w których zamykali maluchy, były miejscem maltretowania dzieci. A było to robione w świetle prawa i przy udziale sukienkowych. Szkoła, która miała je uczyć, zrobiła im wielką krzywdę. Ukradła im dzieciństwo.
Ciut szerzej...? Można znaleźć w książce 27 lat śmierci Tobe’go Obeda Joanny Gierak.
Tak wiele w tych książkach jest saamskiego żalu, bólu i poczucia niesprawiedliwości, wiele wypowiadanych uwag i pretensji skierowanych do bezdusznej machiny państwowej, do jej poszczególnych przedstawicieli, do ludzi i do krajobrazu.
Autorka ukazuje nam tu niewygodną i mocno zawstydzającą kartę norweskiej historii. Pokazuje
nam świat rządzący się przepisami, wszelkimi ustawami i normami. Miejscowi się nie liczą. Zza niezwykłego obrazu Laponii, krainy Świętego Mikołaja, wyziera coś innego. Wiele zła. Chociażby brak szacunku dla drugiego człowieka, przymusu, odtrącenia i wszelkich szykan. Święty Mikołaj ma w bajce jakby inne oblicze. Przecież ten miły staruszek spełnia dziecięce marzenia. Czyż
nie tak? Czy marzenia tych malców też spełni?
Dzieci gdy są małe, to wspólnie się bawią. Nie pytają kto jest ten miejscowy ani kim jest przybysz, ale później, gdy dorosną, to ich wspólne zabawy i wszelkie znajomości się kończą. Wtedy politycy wyciągają na wierzch to, co trzeba im wyciągnąć. A jak fajnie „plują” na tych,
co nie aprobują ich zamierzeń i gadania. A przecież to są te same dzieci, co były wcześniej, tylko ciut wyrośnięte, jakby dojrzalsze.
Ludzie nauczeni życia w tak ciężkich warunkach są twardzi. Potrafią więcej znieść. Ciężkie warunki życia uczą pokory, szacunku wobec Ziemi i morza, bo od nich są zależni. Praca dla tych ludzi jest wartością. Długo radzili sobie w tych warunkach. Prowadzili spokojne, niełatwe życie. Kiedy przyszła wojna, uciekający przez te tereny hitlerowcy palili za sobą wszystko. Zostawiali ludzi bez dachu nad głową. Wielu z nich nie miało dość siły na to, by odbudować swoje życie na nowo; na pozostawionych po agresorach zgliszczach.
Autorka pojechała tam, by porozmawiać z tymi, którzy tam zostali i z tymi, którzy wyjechali, by nigdy nie wrócić. Kiedyś ten region słynął z rybołówstwa i hodowli reniferów, ale to przeszłość. Dziś jest to świat z którego się ucieka. Młodzi nie chcą wracać. Wyjeżdżają za wykształceniem i
za ciekawą pracą. Zostają tylko nieliczni, którzy z trudem próbują związać koniec z końcem
i nieustannie walczą z samotnością. Tęsknią za dziećmi, które są daleko, a opuszczone domy powoli, ale dość skutecznie popadają w ruinę.
Lud północy próbuje zachować własną tożsamość. Norwegia jest krajem niezwykle tolerancyjnym, otwartym na innych. Czy tak do końca? Saamowie, czyli Lapończycy, musieli się zmierzyć z prowadzoną przez lata norwegizacją, której jednym z przejawów było uciszanie tradycyjnego śpiewania joiku. Żadne wołanie o pomoc nie zostanie tutaj usłyszane. Nawet wtedy, jeśli by komuś przyszło do głowy krzyczeć.
Najsmutniejsze w tej książce jest to, że z butami z zewnątrz wchodzą do tego kraju obcy. Wejdą,
a później „terroryzują” miejscowych. Po co tam weszli i zostali...? Jeśli chcą miejscowych nauczyć własnego języka, to dobrze, ale po co to robić za pomocą kija. Nie lepiej zrobić, to „marchewką”. Źle się modlą? I dobrze. Wszelkie modlitwy idą do Boga. Miejscowi robią to w taki sposób, jak czują, tak jak potrafią, ale się modlą. A przybysze… Czy ich Bóg jest inny od Boga miejscowych? Zdaje się, że mamy wspólnego Boga, tylko inaczej jest nazywany. A ci nowi. Tacy są pobożni,
że szkoda mówić… Nie na darmo się mówi: „modli się pod figurą, a diabła ma za skórą”. Ktoś
mi powie, że tak nie jest? Nie dokończę, bo i tak dostanę po łapskach, bo to drażliwy temat. Wszelki fanatyzm to tyle samo, co wojna...
Ciągle się zastanawiam.
Jest tyle religii, to skąd w nas ludziach jest tyle nienawiści, dlaczego u licha ciągle są wojny?
Czy ktoś mi to objaśni? Pewnie nikt. Ja i tak wiem swoje...
Tekst w „Hen...” opatrzony jest kolorowymi fotografiami. Dostarcza nam wiedzy z geografii, historii i Kultury Skandynawskiej. A tak naprawdę, to jest koniec świata w sensie geograficznym.
Mieszkańcy Finnmarku potrzebują czasu, by się przed obcymi otworzyć, by zdobyć ich zaufanie
i zachęcić do opowiadania. Widocznie autorce się udało. Inaczej nie byłoby tej książki…
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

Higieniści. Z dziejów eugeniki
Maciej Zaremba Bielawski

Jak to możliwe, że demokratyczne państwo dobrobytu w imię „higieny rasy” aż do lat 70. XX wieku zmuszało tysiące obywateli do sterylizacji?

„Higieniści” to książka dziennikarza pracującego w szwedzkiej gazecie „Dagenes Nychter”. Maciej Zaręba Bielawski posiada polskie korzenie... Od wielu lat żyje w Szwecji... W swojej książce skupia się na działaniu zwolenników eugeniki, która w wielu państwach dwudziestowiecznego świata, przejawia się w głoszeniu na szeroką skalę sterylizacji jednostek, odbiegających od różnych norm, ideowo i medycznych uzasadnień.
Wiele miejsca poświęca XIX - wiecznym rasistowskim ideom. Omówiono tu historię eugeniki
w Polsce, ale i Zagładę w Niemczech. Autor ukazuje nam XX wiek i ludzi, którzy w nim żyją.
Nie tylko w Polsce, ale również w różnych krajach cywilizowanego Zachodu. Mówi o ludziach, którzy bezkrytycznie wierzą w możliwość naukowego wyjaśnienia tego, co może każdego z nas nurtować. W tym wszystkim mogą być i ofiary, i kaci. W demokratycznych państwach Skandynawii albo w totalitarnej Trzeciej Rzeszy wystarczył: lekki niedorozwój umysłowy, jakieś kalectwo fizyczne albo społeczne niedostosowanie, dziedziczne choroby lub „niewłaściwe” cechy rasowe, by decyzją kilku osób zostać przymusowo wysterylizowanym. Zwykli ludzie, którzy mieli wątpliwe „szczęście” znaleźć się w pobliżu zainteresowania „ulepszaczy” ludzkiego gatunku, na własnej skórze z całą pewnością to odczują, bo ci mądrale im nie odpuszczą. Wielka historia i wszelkie „wydumane” idee potrafiły brutalnie wkraczać w ludzkie życie.
Autor prezentuje nam często bardzo znanych i szanowanych obywateli, ale i takich, których nie znamy albo krótko znanych i już zapomnianych, jak Tadeusz Boy Żeleński czy Janusz Korczak...
Książka zmusza nas do rozmyślania nad działaniami „naprawiaczy” świata. Nie tylko świat chcą naprawić, ale i człowieka, który w ich przekonaniu nie jest doskonały, a taki według tych mądrali powinien być. Czy „naprawiacze” są doskonali? Chciałabym to wiedzieć? Zdaje się, że nie. Gdyby byli, to by się zajęli poprawianiem ludzkiej niedoskonałości. Poprawianiem, a nie sterylizacją. Przecież można wynaleźć: lepsze leki, lepsze protezy czy lepsze wózki inwalidzkie. Można nawet budować lepsze mieszkania, ale na tym się nie znają. Nie próbują się poznać, tylko dużo gadają,
a szczególnie ci w sejmach. Głównie poprawiają tych, co rządzą, bo oni sami są wszechwiedzący, mądrzy i święci. Obrzucają rządzących nieustannie błotem. Na swoje wydumania i mrzonki trzeba mieć wielką mamonę. Pytanie. Skąd ją brać? Wiem, wiem... Jednym zabrać, a drugim dać. Przecież to takie proste. Czyż nie tak? Nie mają bladego pojęcia, w jakich warunkach ludzie żyją, w jakich warunkach pracują, czego tak naprawdę w szkołach uczą, bo może jakiś przedmiot trzeba dla „spokojności ducha” ze szkół usunąć, wycofać. Co tak naprawdę biedacy jedzą?
Nie mają o tym bladego pojęcia, bo to jest jakby wyższa „szkoła jazdy”, a oni z tym są na bakier. Według mnie, lubią tylko „mieszać” i innych poprawiać czy naprawiać. Teksty mądre czytają? Kto wie? Tak czy siak znaleźli jakieś usprawiedliwienie dla swoich czynów? Potrafili znaleźć dla swoich „wywodów” uzasadnienie, jakieś argumenty, które sprawiały wrażenie, że są naukowe,
a przy tym mieli na myśli dobro całej społeczności, dlatego z taką wielką uwagą ich słuchano. Za nic mieli w ustach szczęście i wolność jednostki. Chciałabym tych mądrali też przebadać, bo mi się wydaje, że niektórym to i owo możnaby też zarzucić albo poprawić. Nie podobali im się biedni? Nie każdy ma parcie na ogromną kasę, którą tu i tam można zdobyć albo „podprowadzić” i
na zaszczyty. Czy przez to ten biedniejszy ma być gorszy? Ma też być brutalny i zbrodniczy?
Możemy tutaj porównać działania niemieckich narodowych socjalistów z inicjatywami szwedzkich biurokratów spod socjaldemokratycznej flagi. Po której stronie w sporze Prawicy
i Lewicy można umieścić idee i zwolenników Hitlera?
A prawicowcy… W hierarchii duchowieństwa i wiernych różnych Kościołów, zwłaszcza Katolickiego, to Protestanci byli mniej widoczni... Higieniści największe zrozumienie mieli
w krajach niekatolickich. Przeszkodzić im mogła jedynie: tradycja, konserwatyzm i religijność społeczeństwa. Nadszedł moment, że coraz więcej kosztowały rozbudowujące się ośrodki opieki społecznej. Czy to źle? Była w nich praca dla potrzebujących. Bez pracy nie da się żyć. Niestety, ale tak już jest.
Tak. Zawsze chodzi o kasę, o mamonę, o nic innego, jak tylko o kasę. Zawsze idzie o duże pieniądze. Wtedy otwierała się droga: do sterylizacji, aborcji, eutanazji. Dobro wspólne było najważniejsze. Są tacy, którzy uważnie przyglądają się elitom i widzą ogromne różnice. Dlaczego nikt tym „innym” nie pomógł, gdzie był Kościół, dlaczego im, czyli swoim wiernym
nie wytłumaczył, gdzie popełniają błędy. Cieszyli się z tego, że się rozmnażali. Były śluby, chrzty
i mamona w koszyczku… Starzy ludzie w rodzinach często wzruszali ramionami i mówili swoim dzieciom czy wnukom: profesorem i tak nie będziesz. Może i nie, ale można było zostać krawcową, szewcem, kowalem czy ślusarzem, ale nie, bo za naukę trzeba było płacić. Wystarczyło, że w domu dzieciak za łyżkę strawy tyrał. Pochodził taki dzieciak tam, gdzie go przymusili chodzić i skończyło się na mizernej edukacji. Kończył naukę. Ledwie potrafił czytać i pisać. Mają biedni jakieś wyjście. Nie mają, a może mają, ale nikt im nic mądrego nie podpowiedział ani nie zaproponował. A w sejmach? Tam od zawsze są i będą wrzaski. Jakby co, to „głąbów” wysterylizują i już... Zastanawiam się, czy faktycznie tyle było tych ludzkich istnień do sterylizacji, bo może za dużo się nie przejmowano, tylko robiono swoje i już. Nie przejmowano się swoim bliźnim. Po co stać nad łóżkiem chorego. Po co myśleć, co takiemu dolega? Wystarczy wysterylizować takiego „wybrakowanego” i już.
U niemieckich eugeników „eliminacja” nieprzydatnych jednostek wynikała z pobudek rasowych. Doprowadziła do ludobójstwa, a u Skandynawów podstawą było budowanie państwa „sprawiedliwości społecznej”. Sprawiedliwość społeczna...? Jak oni ją rozumieli? Dobro ogółu nad dobrem jednostki i tak po prawdzie, to się z sobą prawie łączyło. Higieniści wierzyli w to, co robią i byli z tego dumni. Często było i tak, że nie pytano o opinię ani prawników, ani lekarzy, tylko podejmowały je urzędy o nazwie „społeczna pomoc”.
Dzielono obywateli na tych „pożytecznych” i „małowartościowych”. Nie powinno tak być, ale tak było. Lekarze powinni się skupić na tym, do czego zostali powołani, a nie na sterylizacji.
U nas coś takiego...?
W naszym konserwatywnym społeczeństwie silne wpływy od zawsze miał Kościół. Nadal je ma. Jak dzieje się coś ważnego, to Kościół milczy jak zaklęty, ale gdy trzeba do porządku przywołać kobiety, to wtedy grzmi pełną piersią. Kobiety u nas głosu nie mają. Powinny milczeć, bo są bezwartościowe. „Nie po raz pierwszy w historii kobiety były uznane za szkodliwe, dlatego je trzeba było unieszkodliwić za pomocą zabiegu, który usuwa korzeń zła, czyli to, co czyni je kobietą, bo miały niebezpieczne cechy, dlatego były: tropione, badane, sądzone”. Dlaczego nie unieszkodliwia się, nie sterylizuje się facetów? Oni kochają celnie strzelać, pić alkohol, bić kobiety i swoje potomstwo, to samo o które osobiście się postarali i chodzić do innych pań. Swoją mają za nic. One pobierają zasiłki… I co z tego. Muszą nakarmić dzieci i panów, którzy kochają strzelać, pić i produkować maluchy. Państwo zadbało tylko i wyłącznie o sterylizację i o panów, którzy w sejmie plują na rząd i na innych panów, na zbyt „mądre” panie również. Panie przydatne są do czegoś innego. Czyli do rodzenia dzieci. Tych chcianych i niechcianych. Można z nimi zrobić wszystko, co się chce. Młodzieży o pewnych sprawach nie można ani nie trzeba uświadamiać.
O czym? Dorośli wiedzą o czym. Niektórych przedmiotów w szkołach nie można uczyć. Koniecznie trzeba je usunąć, bo czegoś takiego uczyć nie można. Sama jestem ciekawa tego „mądrego i ważnego podręcznika”. Musiały w nim być okropności, skoro zrobiono na jego temat taki wielki raban. Uważało się biednych za zagrożenie dla pozostałej części społeczeństwa.
Z powodu dużej rozrodczości. Jak chciano zapobiegać ciąży, to nie, bo zrobiłaby się szalona rozwiązłość. Ciekawe kto biednych wciągał w rozwiązłość? Często bogaci, bo pod własnym dachem mieli używanie. W razie wpadki, to fora ze dwora. Mam ciekawskie pytanie. Kto by tym bogatym usługiwał, gdyby biednych nie było? Dlatego tych nieprzystosowanych, nierozgarniętych należało wytępić, jak takie prawdziwe robactwo. Inteligentni mieli coraz mniej dzieci, a biedacy mnóstwo.
Przyznaję. Książka jest wstrząsająca.
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

Yellowface
Rebecca F. Kuang

Najnowsza powieść „Yellowface” po raz pierwszy w dorobku autorki całkowicie odchodzi od jakichkolwiek wątków fantastycznych i skupia się na działaniu rynku wydawniczego… Pokazuje rynek wydawniczy, działanie socjal mediów i drogę do spełnienia marzeń od strony, od której nigdy nie chcielibyście oglądać...

Atheny Liu niespodziewanie umiera. Jej historię opowiada niezbyt bliska przyjaciółka. Niezbyt bliska… Przynajmniej tak się publicznie przedstawia. Juniper też jest pisarką. Wkrótce przyjmuje pseudonim Song. Juniper Song wydała tylko jedną swoją książkę. Przyjęto ją dość obojętnie. Zarabia na kursach dokształcających dla maturzystów. Juniper wkłada w pierwowzór dużo własnej pracy. Udoskonala pracę swojej poprzedniczki. Szlifuje ją razem z redaktorami, którzy mają sporo uwag. Robi tak do czasu, aż książka zostaje uznana za idealną. Tak czy siak proponuje wydawcom powieść Atheny, jako własną, a ci od razu dostrzegają w niej bestseller, a to by znaczyło, że zmarła faktycznie miała talent.
Nawet wtedy, gdy poznajemy całą historię, to nadal nie jesteśmy pewni, kto tu jest ofiarą, a kto czarnym charakterem, a może nie ma tu czarnych charakterów, tylko są tu ludzie, którzy zawzięcie walczą o sukces, bo bardzo trudno dostać się na sam szczyt. Trudno dostać się nawet do wydawniczego „przedpokoju”.
„Yellowface” skupia się w dużej mierze na rynku wydawniczym. Autorka przedstawia wcześniejsze losy June, a później następuje rozpieszczanie przez otoczenie, gdy wydaje książkę Atheny jako własną. Może lepiej było ją wydać pod wspólnym „szyldem” z nieżyjącą autorką, a nie w taki sposób. Ale trudno, bo już się stało.
Przyznaję się bez bicia, że mnie „Yellowface” ciut nużyło.
„Yollowface” dość mocno pokazuje tu mroki wydawnicze i jak powstaje decyzja o tym, czy to, co aktualnie chcą wydać, jest bestsellerem, a co nie?
Przyznaję, że dużo czytam i nie wybrzydzam, ale nawet to, co tu przeczytałam odbiega od moich wyobrażeń co do fajnej literatury. Czy jest takie, by trzeba było to wydać...? Nie wiem, bo różnie
z tym jest. Dla jednych coś takiego jak to jest fajne, a dla innych coś innego jest wspaniałe, by wybrać, trzeba by nam było ciągnąć losy. Tak niestety już jest. Albo komuś się przylizują, bo i tak bywa...
Zdaje się, że Juniper od zawsze zazdrościła Athenie, a teraz zdaje się, że zaczyna żyć jej życiem, a wydawca „wydaje się”, że chce ją nosić na rękach. Ma tłumy na spotkaniach. Mało tego, mamy tu również hejt w internecie i podejrzenie o kradzież dzieła nieżyjącej autorki.
Niektórzy pisarze dobrze zarabiają na swoich pracach. Dla innych nie wystarcza ani nagród, ani pieniędzy, ani nawet mizernego zainteresowania, bo ich piśmidła szybko lądują w redakcyjnym koszu. Możliwe jest i to, że jak się nie sprzedaje, to znaczy, że jest niewiele warte, że jest beznadziejne, że jest niedobre.
Tak zwyczajnie po ludzku chciałabym wiedzieć, jak faktycznie z tym jest, bo bardzo rzadko jest jakieś dzieło, którym chciałabym się zachwycać albo płakać nad tymi, którzy przewijają się na stronach takiej fajnej książki, a jednak takie książki istnieją. Wszyscy się nimi zachwycają, a ja szukam w niej jakieś głębi? Czegoś fajnego, bo tyle ją wychwalają. Często wieczorem takie dzieło jest dla mnie fajne, a następnego dnia nie mam bladego pojęcia o czym tam było i muszę do tego wrócić, bo przez noc mi się w mózgownicy nie zakodowało. Ale wszyscy się tym strasznie zachwycają. Kiedyś do siebie „przytargałam” coś, co już zostało wydane. I obrazek na okładce był fajny. No cóż, wzięłam, co dostałam bez wybrzydzania, bo w moim wieku od czasu do czasu powinno się przeczytać coś lekkiego, by później z przewietrzoną głową przeczytać coś naprawdę fajnego. Wtedy usłyszałam: „Czy w tym domu będzie kiedyś ambitna literatura?”
W tym miejscu powiem tak… Kiedy czytałam tę mało ambitną literaturę, to za bardzo tym się nie zachwycałam. Może przez minione lata zmądrzałam i ciut wydoroślałam? Tego nie wiem. Ale jestem strasznie ciekawa, czym faktycznie kierują się wydawnictwa, bo ja mimo podeszłego wieku, to wciąż niczego nie pojmuję. Dla mnie albo się lekko czyta, bo mnie coś zainteresuje albo nie… A może zostało wydane za własną „kapuchę”. Bo i tak być może, a wtedy wszyscy się zachwycają...
Ale, czy to faktycznie jest dobre…? Tego nie wiem… Dla mnie to albo rzecz gustu, albo po to, by na dobre w czymś takim się zatracić, a może potrzeba chwili, by coś takiego przeczytać. Tego nie wiem, ale tak często myślę…
Czy ja jestem wszechwiedząca…?
Akurat… Nikt wszystkiego nie wie, by coś takiego docenić albo ocenić.
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

Plon
Tara June Winch

Tara June Winch to australijska pisarka wywodząca się z rdzennego ludu Wiradjuri.
„Plon to powieść totalna. Autorka opowiada w niej historię swojego ludu, mierzy się z barbarzyństwem i krzywdami, jakich zaznali jej, należący do rdzennych Australijczyków, przodkowie”.
„Czymże są więc wyzute ze sprawiedliwości państwa, jeśli nie wielkimi bandami rozbójników?”
Święty Augustyn

„Plon” Tary June Winch jest jakby o nas wszystkich. O tych, którzy żyją na różnych kontynentach, pod różnymi długościami i szerokościami geograficznymi. Gdzie byśmy nie mieszkali, to tam jest nasza ojczyzna, tam są nasi bliscy, tam jest nasza kultura, nasz język. Nikomu nic do tego, ale…
Gdy nastąpi najazd obcych, gdy wkraczają z buciorami na ich czy na nasze terytorium, gdy przybysz miesza się w życie miejscowych, wtedy miejscowy pokazuje pazury i jest gotowy do walki. Tak już jest, tak było i pewnie nadal tak będzie.
Dlaczego? Bo...
Ten z zewnątrz nie przychodzi z gałązką oliwną. Często przychodzi, by zagarnąć to, co jego
nie jest albo potrzebuje podporządkować sobie miejscowych, albo tych, co od wielu wieków tam mieszkają wytępić, jak takie uciążliwe robactwo, bo on jest ten Wielki, bo jemu wszystko się należy. Może to robić nawet tam, gdzie nie ma podziału: na światopogląd, religie czy kolor skóry.
Padają tu ważne słowa babci bohaterki: kultura nie może się bronić. I zwykle tak jest. Najeźdźcy, bo tak można ich pokrótce nazwać, wkraczają w cudze życie z zamiarem podporządkowania go sobie. Ma być tak jak oni chcą, a nie tak, jak ta społeczność od wieków żyje. Według własnych praw, według własnych obyczajów.

„Uznałem, że najrozsądniej będzie nauczyć się dobrze czytać. I tak oto w kraju, w którym,
w zasadzie nie pozwalano nam istnieć, postanowiłem istnieć. 8 str.
„Dziadzia mówił, że to bardzo ważne, żeby pamiętać przeszłość, mieć opowieść, znać swoją historię, pamiętać dzieciństwo – ale zapominanie też jest potrzebne. 15 str.
Dziadek pisze własny słownik, by potomni, by ci, co dopiero się urodzą, ci, którzy nadejdą, nie zapomnieli, kim wcześniej byli. Z jakiego ludu się wywodzą. Mozolnie odtwarza słownik swojego ludu oraz kulturę swojej ziemi. Co więcej może zrobić?
„ Być Aborygenem to smutek, synu”. 16 str.
„ Drzewa genealogiczne takich jak my są już tylko krzakami”. 33 str.
„ Religia przyszła nam łatwo”.
„ Problem w tym, że nie pozwalano nam zachować łączności ze światem, który znaliśmy najlepiej, z naszym językiem, z polowaniami, z obrzędami, z naszymi tradycjami. Liczyło się tylko ich prawo. Mieliśmy zostać ocaleni, ale wciąż żyliśmy w pętach”. 51 str.
„Świat, który opuszczam, jest bardzo skomplikowany, pełen gniewu, widzę w nim tyle
walki”. 52 str.
„Bywało, że nie mieliśmy ani baraniny, ani mąki…”
„Braki artykułów pierwszej potrzeby nie odcisnęły się na nas tak, jak…
… jak okrutne zachowanie się ludzi, którzy mienili się chrześcijanami. Po latach zrozumiałem, iż owi niegodziwcy żywili jedno pragnienie – chcieli rozprawić się Autochtonami na swój sposób
i podejmowali rozmaite próby, aby zniszczyć misję i rozpędzić Czarnych…” 141 str.
„Panie, jeśli chce mnie pan zabić, niech mi pan poderżnie gardło, zamiast mnie ciąć na kawałki”.
„Wszystkie czyny podobnej natury traktowano pobłażliwie”. 223 str.
„ Myślę, że gdzieś pójdzie, ale nie sądzę, żeby niebo istniało”. 238 str.
„Wiara nie zmienia tego, że wszyscy umrzemy, nie? Nienawidzę religii”. 238 str.
„ Nic nie mogło być gorsze od patrzenia, jak zabierane są z misji owe zbyt małe dzieci”. 255 str.
„ Mówił, że religia to strach przed śmiercią”. 284 str.
A może to fajny biznes…? Nawet na pewno. Dostawać coś czego się nie wypracowało.
Szybki i łatwy... 291 str.
„ Dawali nam koce” Missy, zdobyli tę ziemię także w ten sposób, za pomocą koców zarażonych ospą…”
„Dosypywali arszeniku do mąki, Missy! Dzielili i rządzili! Myśleli, że my, ludzie z epoki kamienia, musimy zostać wytępieni, choćby piekło zamarzło”. 302 str.
Bardzo się starali...
Mamy tu książkę o bezpardonowym wkraczaniu w cudze życie z zamiarem podporządkowania go innym albo określonym wzorcom. Wchodzi się z butami w australijski busz do wiosek żyjących według własnych praw i obyczajów.
Zdobywcy Boga się nie boją. Nawet ci, którzy na wszelkie niegodziwości się przyglądają. Ma się bać podbity naród. Nie oni...
Nigdy to się nie zmieni?
Nigdy. Wszelkie racje zwykle są po jednej stronie. Będą patrzyli na to, co się dzieje i palcem nie kiwną. Po co mają się trudzić? Góra zdecyduje. Tylko która? Ta, która została wymyślona? Czy ta inna. Ta, której nikt z nas żyjących nie doświadczył.
Wybaczcie! Ale nie potrafię inaczej…

Kicińska Władysława
DKK Rawicz

27 śmierci Toby’ego Obeda
Joanna Gierak- Onoszko

„To też jest Kanada: siedem zapałek w słoiku, sny o czubkach drzew, powiewające na wietrze czerwone suknie, dzieci odbierane rodzicom o świcie. I ludzie, którzy nie mówią, że są absolwentami szkół z internatem. Mówią: jesteśmy ocaleńcami. Przetrwaliśmy.
Dlaczego Kanada ściąga dziś z pomników i banknotów swoich dawnych bohaterów? Jak to możliwe, że odbierano tam dzieci rodzicom? Czyja ręka temu błogosławiła?”

Zobaczymy, co dalej…
Czytając „27 śmierci Toby’ego Obeda” Joanny Gierak – Onoszko przenosimy się bardzo daleko, bo aż do Kanady. Autorka pisze o losach rdzennych mieszkańców tego kraju, z którymi biali osadnicy nie walczyli zbrojnie. Nie walczyli, to święta prawda. Walczyli z nimi w inny sposób. Zamykali ich dzieci w szkołach z internatami, prowadzonymi głównie przez duchowych. Kiedy Kanada podjęła się rozliczenia z tą częścią swojej historii, wtedy wyszło, że dziesiątki tysięcy dzieci rdzennych mieszkańców zostało nie tylko przymusowo oderwanych od swojej tradycji kulturowej, ale były też zabierane od rodziny. Na wszelkie możliwe sposoby: były później maltretowane, wykorzystywane i poddawane wszelkim rodzajom przemocy. Łamano w tych malcach ich osobowość na resztę życia. Oczywiście, jeśli zdołały przeżyć i dożyć później starości.
Nie rozumiem, po co to było? Dzieci lubią innych podglądać. Wcześniej czy później one pewnie też by chciały mieć tak samo, albo przynajmniej tak samo, jak tamte. Ale tu głównie chodziło o mamonę, którą państwo na te „wspaniałe” ośrodki dawało, a którą można było zachachmęcić do własnej kieszeni i o „dusze”, które prędzej czy później pójdą w zaświaty. Za nimi mamona już nie pójdzie, tylko na tym padole zostanie, dlatego koniecznie trzeba je było na siłę przerobić na własną modłę. Mamona nie mogła panom w sukienkach umknąć.
W książce jest wiele drastycznych szczegółów. Z czego by to wynikało? Z tego, że autorka chce nas wpędzić w niezły szok? Czy mamy sami odnieść się do takich realiów, jakie wtedy były? A takie miały być…
Chwilami autorka sprawia wrażenie, jakby rzeczywiście chciała czytelnika zaszokować, by wzbudzić sensację, ale tak nie jest. Opisuje nam realny świat. Trudno się dziwić, bo ukrywano wiele spraw przed zwierzchnikami z zewnątrz. Gdy ktoś był na kontroli, maluchy dostawały lepsze jedzenie. Czyli jajko, jakby to był nie wiem jaki rarytas. Gdy nikogo nie było, to były żyg…
z czymś tam jeszcze, z brudnej podłogi.
Czytając chcemy wierzyć, że to nieprawda, że to jest zmyślanie albo, że to są odosobnione przypadki. Oczywiście na początku tak twierdzono, ale kiedy historie o maltretowaniu
i wykorzystywaniu opowiadają tysiące ludzi na całym naszym globie, wtedy trudno komuś wmówić, że to jest bajdurzenie albo fikcja, która ma nam zohydzić wychowawców albo księży.
Kontrolerzy byli cali w skowronkach. Sądzili, że realizuje się wspaniały program społeczny, bo
do tego był powołany. Ale tak nie było. Pełne prawo do wypowiadania się na ten temat mają ocaleńcy. Ci, którym udało się przeżyć i opuścić te „fajne”placówki.
„Jedną z pierwszych nauk, którą przyswajają dzieci, było to, że ich ciało nie należy do nich. Ich
ciało jest świątynią Ducha Świętego, zaś wyłączne prawo do zarządzania świątynią mieli ksiądz, pastor oraz zakonnice”. str. 98
„ Nie tylko te dzieciaki bito i torturowano, ale również gwałcono. Mamy tu teren łowiecki dla sadystów i pedofilów. Walutą była kromka chleba. Z czasem te, które krzywdzono, same zaczynały
krzywdzić inne. Sprawcy ponieśli konsekwencje – zostali przeniesieni do innej placówki i znowu było tak samo”. str. 99
Przykład często idzie z góry. Czyż nie tak?
Rdzenne dziewczynki uznawano za „psychicznie niezdolne do rozmnażania się”, więc masowo je ubezpłodniano. Personel uznawał, że rdzenne kobiety nie muszą tego wiedzieć. Str. 100, 101
A dziś mamy wielki szum o te same sprawy, bo wciąż jeszcze o nienarodzone. Czyli o płody,
a wtedy robiono to bez pytania o zgodę. I to kto?
„Wiesz, z Kościołem jest mi nie po drodze. Żyjemy tu jak w czwartym świecie, kolonizowani wewnątrz własnego państwa przez zewnętrzne siły watykańskie. Religia jest naszą chorobą, rakiem, który daje obrzydliwe przerzuty, a państwo nie znajduje w sobie siły, by poddać się radykalnej operacji. Kto dał na szkoły z internatem mamonę? Państwo. A kto je z ochotą i wielką pasją prowadził? Kościół”.
„Jemu wszystko wolno”. Str.143
Politykom też. Tak myślę.
„Biali sączyli w nas ten jad całymi latami. Próbowali narzucić nam swoje myślenie, swoją kulturę i swój język…” str. 144
„Obed doznał znacznego fizycznego wykorzystywania i był atakowany słownie przez nauczycieli, „opiekunów” i innych uczniów. W szczególności Obed (…) był wielokrotnie wykorzystywany seksualnie przez nadzorców internatu, osoby mające być opiekunami, oraz przez innych uczniów”. str. 166
„Dzieci Juliette są zawsze blisko niej, właściwie nie sposób stracić je z oczu. W przydomowym ogródku leżą grzecznie w płytkich nieutrzęsionych jeszcze grobach”.
„To lokalna tradycja, przy domach w Pikangikum stawia się białe krzyże. Starszyzna zabroniła chować samobójców na cmentarzu, ponieważ ciężko zgrzeszyli przeciwko Bogu. Skończyło się na tym, że ciała chowa się w podwórkach i ogródkach na tyłach domów”.
„ W ziemi przed jej drewnianym rozpadającym się domem są więc naprzemiennie: otwory po latrynie i otwory z ciałami jej dzieci, Juliette musi być uważna”.
„Wieś Pikangikum na północy Kanady nazywana jest światową stolicą samobójców”. str. 184
„Jednej nocy odebrało sobie życie aż jedenaścioro. W lipcu – kolejna dziesiątka, w tym pięcioro z Pikangikum”. 187 str.
W tym miejscu tylko płakać. Ja tak co i rusz robię, ale czy ktoś tym się przejął? Akurat.
Każda publiczna wypowiedź na ten temat powodowała śmierć cywilną dla tego, kto jej dokonał. Inne narody nie były wcale lepsze. Z tymi „pierwszymi” nigdy nikt się nie liczył.
Nie polecam tej książki. Według mnie lepiej żyć w niewiedzy. Człowiek wtedy jest zdrowszy, a cała reszta i tak pewnie nikogo nadal nie obchodzi…
W tej chwili tak sobie myślę. Jest tyle religii. Wszystkie nam mówią o Bogu i do Boga mają nas prowadzić, ale ten Bóg jest wyłącznie dla nas maluczkich, bo sukienkowi i przywódcy niewiele sobie z niego robią. Co i rusz prowokują kolejne wojny. Nie boją się tego Boga, który jest strasznie wysoko i dla nas za naszego życia jest nieosiągalny. Od zawsze jest poza naszym zasięgiem i ponad chmurami. Na tym świecie Bogiem jest: wielka mamona, zaszczyty i możliwość poniewierania innymi, bo słabszymi. Całą resztę zostawię dla tych, co tę książkę przeczytają albo nie będą jej chcieli czytać. Bo może takiego Boga, jak nam o nim od wieków mówią i nam go na wszelkie możliwe sposoby wmawiają, nie ma i nigdy nie było.
Nie wystarczy klęczeć na obydwóch kolanach. Jeszcze trzeba czynić dobro, ale dobro dla maluczkich nie istnieje. Jak już, to dla nich jest ciężka i słabo opłacana praca. Ważne by choć taka była, bo ostatnio za nas ludzi pracują maszyny, a te niewiele zdziałają, gdy zabraknie ropy, węgla
i wody, bo tak powoli się dzieje.
Ale wielcy tego świata będą szeroko się uśmiechali. Uważają, że oni wszystko na cacy załatwią, a maluczcy. Co tam maluczcy. Sami o siebie zadbają. Albo i nie, bo będą zbyt leniwi. Ale będzie, co będzie.
Jak to się skończy? Nie wiem. Może nie doczekam ziemskiego raju, a tym bardziej tego w Górze. Zachwalanego nam przez kler. Pytanie czy taki jest, bo może i tam niczego nie ma.
Jak się znam, to jest inny Bóg dla nas wszystkich. Ten, o którym nam nie mówią. Ten, z całą pewnością, będzie sprawiedliwy. Wszyscy go doświadczymy, ale dopiero po naszej śmierci. Inaczej by nie było na tym świecie tyle wojen i wszelkich niegodziwości. Mamona, bogactwa i zaszczyty tutaj. A my dostaniemy tylko tyle, co nam założą. To fajne w popiele zostanie albo i nie, bo może zostanie po nas tylko sława albo i tego nie będzie, bo o nas powiedzą, że byliśmy wielkie nic albo wielkie beeee.…
Religia to dobry biznes. Człowiek boi się męczarni u samego końca swego marnego żywota i tego, co dla nas jest niewiadome, dlatego sukienkowym hojnie za życia płaci.
Za swojego życia nieźle nawywijał. To teraz Góra mu za wszystko z procentami odpłaci.
Nie ma co za wiele się uśmiechać, bo ten uśmiech w pewnej chwili może być solidnie skrzywiony.
Tyle bogactwa moim zostawiam na tym nieszczęsnym padole, a ja muszę odejść w starym garniturze, bo tego fajnego moim było szkoda, dali mi ten ciut przymały...

Kicińska Władysława
DKK Rawicz

Złodziej żarówek
Tomasz Różycki

Tomasz Różycki (ur. 1970r.) to autor dziewięciu tomów wierszy (najnowszy to „Ręka pszczelarza”), dwóch poematów epickich (ostatni to „Ijasz”…)

W bloku, arcydziele surowego piękna czasów późnej komuny, na ostatnim piętrze – gdzie najbliższymi sąsiadami są niebo i synogarlice – mieszka Tadeusz, który od ojca dostał ważne zadanie: pójść z puszką ziarnistej kawy do Stefana...

Mamy tu blokowe opowieści z czasów PRL. Wciąż jeszcze dużo się pisze o czasie, który minął.
Ale Różyckiemu coś takiego się udaje...
Ojciec wysyła syna do sąsiada, by ten zmielił mu kawę. Udało się ją kupić, ale jest w ziarnkach. Nie ma innej rady. Musi być zmielona. Tym bardziej, że będą jego imieniny. Jak podejmą u siebie gości? Tak bez kawy?
Idąc korytarzem mały jakby snuje swoją opowieść. Mamy tu blokowisko, a w nim żyją przeróżni ludzie. O różnych charakterach. Są romanse. Jest kryminał...
Każdy centymetr korytarza, to nowa albo kolejna opowieść o życiu w bloku i o jego mieszkańcach. Z ust do ust przekazywane są plotki i przeróżne legendy. Korytarz, którym chłopak idzie, się wydłuża i plącze, a czytelnik się przygląda PRL-owskiej Polsce. Częste są tu awarie
i usterki. Braki prądu i wody powodowały, że kaloryfery były zimne. Mały metraż. Przez to brak prywatności. Z balkonów można było nie tylko pluć. Można było stamtąd zrzucać woreczki z wodą w dyngusa. W najgorszym wypadku można było z niego skoczyć.
Nic tu nie funkcjonuje tak, jak trzeba. Tak, jak powinno funkcjonować. Mieszkańcy nieustannie odczuwają potrzebę niszczenia. Podpalania i osmalania powierzchni. Żarówki są wykręcane wszędzie, gdzie tylko się da. Na korytarzach, na piętrach, w piwnicach i na strychach. Wszędzie tam, gdzie tylko można było je znaleźć.
Jeśli ktoś myśli, że czytając książkę „Złodzieje żarówek” Tomasza Różyckiego wpadłam w jakąś cudowną euforię, że wielbię ją i nią się zachwycam. Akurat. Niewiele mnie tamten czas obchodzi. Było, minęło. Za dwadzieścia… No może za jakieś trzydzieści lat, gdy świadkowie tamtych wydarzeń na dobre opuszczą ten padół, to będzie dla naszych potomków prawdziwy „rarytas”. Tak samo, jak dla mnie dziś są „ Chłopki”. Opowieść o naszych babkach Joanny Kuciel Frydryszak. Oczywiście wtedy, jak nam nie spuszczą łomotu poniżej krzyża. W najgorszym razie atomu.
Dlaczego nie skaczę z radości czytając tę książkę, dlaczego nią się nie zachwycam? Bo ja ten czas przeżyłam. Znam go z pierwszej ręki. Tak! Przeżyłam go w realu. Ostatnio Wielcy tego świata, c,i co niedawno odeszli, bo inni w rządzeniu ich zastąpili. Z wielką butą i arogancją mówią nam
o tym, że od poprzedników dostali ruiny, że oni zrobili dużo wspaniałych rzeczy, nadają… Dużo mądrale zrobili? Jak już, to komuna dostała ruiny i „kolegów” zza między, którzy u nas się szarogęsili. Byłam małym dzieckiem. Nie pamiętam ile miałam lat. Jechałam z mamą do Wrocławia. Wjeżdżaliśmy na dworzec… W tamtym czasie przy samym dworcu były ruiny. Miasto okropnie było strzaskane. Cegłę przy dworcu mielono. Co z niej później robili? Nie wiem. Byłam za głupia, by o to zapytać. Zresztą… może mama tego też nie wiedziała. Były jej całe zwalone hałdy. Wychodziłyśmy po schodach. Na nich siedziało pełno żebraków. Byli bez rąk, bez nóg. Brudni, nieogoleni, w łachmanach. Przed nimi stały miseczki albo jakieś kubeczki. Ci ludzie najzwyczajniej w świecie żebrali. Tak. ŻEBRALI. Dopóki będę żyć, to nigdy tego widoku nie zapomnę... Wozili nas, wciąż jeszcze uczniów, z całą klasą na pegeerowskie pola zbierać ziemniaki. Czy dzisiejsze dzieciaki coś takiego robią? Bawią się komórkami lub siedzą przy komputerze. Kolejek po wszystko też nie zapomnę. Ciągle narzekali, że dostawcy przywozili mięso mrożone. Dziś jak nie włożysz go wprost do garnka albo do zamrażalnika, to możesz je od razu wyrzucić. Dzisiaj chleb nawet mrożą. Gdyby tylko. Często widzę leżący chleb, gdy wynoszę śmieci.
W sklepie łapskami go duszą. Szukają pachnącego. Pachnący…? Kurczę blade, każdy wygląda na taki sam. Kiedyś były i pachnące, i spalone, i było dobrze. Dzisiaj zapełnione są w sklepach półki wszelkim dobrem i znowu niektórym jest źle. Taka drożyzna. Zastanowi się ktoś skąd ta drożyzna wynika? Cebula po dwa osiemdziesiąt za kilogram. Ciekawe ile producent za nią dostaje, skoro naród musi za nią zapłacić aż dwa osiemdziesiąt. Jedni garną się do zaszczytnych stanowisk, a potem... mam na ten temat pisać? Po co… Każdy, kto ma trochę rozumu i wyobraźni, to widzi, co się dzieje. Do pracy to już mniej się garną, ale po osiemset plus, co niektórzy, to już tak. Tylko patrzą ile mamony sąsiad czy krewny dostaje. Niedługo pracować nie będą chcieli, bo i po co… Dziś co niektórzy, to tylko udają, że pracują. Kiedyś niektórzy też tacy byli. Ktoś mi opowiadał,
że potrzebował kupić firany, a pani z drugiej strony lady odpowiedziała, że są drogie. Nawet się nie ruszyła. Biedny takich nie potrzebował. Ale ona musiałaby zdjąć z półki wałek, bo leżały zwinięte i wymierzyć tyle, ile trzeba… Ten ktoś kupił nawet ich nie oglądając. Jakieś podstawki pod szklanki były ładne, ale biedaczysko usłyszał, że na zwykłego śmiertelnika, czyli na niego, były za drogie. Ale co tam… Niektórzy pili z musztardówek, to po co mu były jakieś głupie podstawki. Ktoś potrzebował dokupić na święta pół kilograma kapusty kwaszonej. Wtedy usłyszał: ale ogromne zakupy… Paniusia za ladą poruszała się, jak taka mucha w smole, a stojących było z piętnaście osób. Pośpieszyć się nie potrafiła, ale komentować, ośmieszać klienta przy wszystkich, to już tak...
Mam pytanie, czy coś takiego albo podobnego przypadkiem nie wróci, bo nasze ludzkie życie tak różnie się plecie. Mamy na to wpływ? Niewielki, ale mamy. Trzeba mądrze wybierać, ale jak dają za friko, to są dobrzy. Jak nie dają, to są źli. Byleśmy się znowu nie obudzili z ręką w...
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

Szczegóły
Ia Genberg

Ia Genberg rozpoczęła karierę pisarską jako dziennikarka, pracowała także jako redaktorka
i wykładowczyni twórczego pisma. Otrzymała najbardziej prestiżowe szwedzkie nagrody….
„Czy ukochana osoba może całkowicie zniknąć? Kto jest prawdziwym przedmiotem portretu – osoba malowana czy ta trzymająca pędzel? Czy możemy w pełni stać się sobą tylko dzięki relacjom z innymi?”
Ciekawe, co mamy dalej...
Mamy tu opisy, które pozwalają nam się przenieść do świata przedstawionego i opisanego przez pisarkę. Albo autorka zaprasza nas do świata osobistych przeżyć narratorki, która tylko pozornie opowiada o czterech etapach ze swojego życia. Narratorka z wysoką gorączką, jakby „snuje” wspomnienia o czterech fragmentach z życia związanych z ważnymi dla niej ludźmi. Czy narratorka chorując, traci kontakt z rzeczywistością? Czy pozwala sobie na podróż do przeszłości? Tego tak do końca nie wiem. Szczegóły to cztery opowiadania zatytułowane imionami ludzi ważnych w życiu narratorki: Johanna, Niki, Alejandro, Brigitte. Czy to ma być historia albo zbiór historii, który się składa na wycinek biografii bohaterki…
Autorka Ia Genberg pisze o sprawach, które dotykają każdego z nas. Ukazuje nam jaki mają wpływ na nas osoby obecne w naszym życiu. Jedne osoby mają wpływ tylko przez chwilę,
a inne towarzyszą nam przez całe lata i kształtują nasz charakter. Autorka pochyla się nad procesem odchodzenia ważnych dla nas ludzi. Zdaje się, że nie ma na myśli tylko umierania. Odchodzenia w dalekie zaświaty, ale raczej na zmienność relacji, oddalanie się czy zerwanie budowanych całymi latami więzi. Jest wyrozumiała dla decyzji i życiowych wyborów swojej bohaterki. Z pewnością opowiada o sobie, ale też o każdym z nas…
Autorka proponuje nam cztery opowieści o ludziach, którzy z różnych powodów odeszli. Ukazuje nam bohaterów, których już nie ma. Pozostali są wciąż obecni. „Szczegóły” są tak skonstruowane, że dla „zwykłego” człowieka nie zawsze są zrozumiałe. Mimo mojej ogromnej sympatii dla Szwecji i dla autorki, to książka była dla mnie dość trudna. Według mnie, to nie jest książka dla zwykłego „zjadacza” chleba, tylko dla osób wybranych.
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

Miasto w chmurach
Anthony Doerr

Powieść autora nagrodzonego Pulitzerem za „Światła, którego nie widać”.

„Anthony Doerr opowiada jak homerycki bard: z ogniem, pasją i wielkim talentem, udowadniając raz jeszcze najpiękniejszą prawdę ludzkości – to dzięki książką stajemy się braćmi i siostrami, niezależnie od wszystkiego, co nas dzieli”.
Joanna Bator

„ Piękna, magiczna książka. Jedna z tych, do których jako czytelnik chcę wracać, a jako pisarz zazdroszczę”.
Łukasz Orbitowski

Bohaterowie ,,Miasta w chmurach” są marzycielami. Łączy ich jeden starożytny tekst: historia Aetona, który pragnie zostać ptakiem, by odlecieć do utopijnego miasta w niebiosach.

Osierocona Anna i przeklęty chłopiec Omer przebywają po przeciwnych stronach potężnych murów podczas oblężenia Konstantynopola w 1453 roku.

Współczesne Idaho. Weteran wojenny, osiemdziesięcioparoletni Zeno, próbuje uchronić bibliotekę przed wybuchem bomby podłożonej przez nastoletniego idealistę Seymoura.

Konstance, dziewczyna z odległej przyszłości, sięga po najstarsze znane ludzkości opowieści, aby dotrzeć do prawdy.

„Miasto w chmurach”Anthonego Doerra ma być opowieścią o miłości do książek. Pisarz stworzył powieść w której przenika i czas, i przestrzeń. Nie tylko miesza się tu wyobraźnia z realizmem. Staje się tu jakby taka aspiracja do marzeń.
Autor opisuje przygody Aetona, który wyrusza na poszukiwanie legendarnego raju w niebie. Konstance, Zeno i Seymour oraz Anna i Omeir próbują, za pomocą starożytnego tekstu, odkryć prawdę o świecie i o sobie samych. Aeton staje się dla nich jakby taką inspiracją, dzięki której mają odwagę marzyć.
Autor wykorzystuje wszelkie możliwości, jakie są w literaturze, są różne powiązania pomiędzy sobą. Chociażby tylko z innymi gatunkami i z ludźmi współczesnymi, z tymi, którzy żyli dawniej, bo przed nami. Nadejdą ci, gdy nas na dobre zabraknie, bo i my kiedyś odejdziemy na chmurkę. Autor trzyma wszystkie wątki. Nawet te z dzieciństwa. Bije z nich baśniowość, melancholijność.
Książki łączą ludzi i inspirują do działania. W tym miejscu miałabym pytanie. Czy wszystkie książki? Bo książka książce też nie jest równa. Jedne książki mogą nam pomagać, inne nie. Te inne mogą nam nawet zaszkodzić Ale mamy słowo pisane i mamy wybór. Przeczytać, albo nie.
Połączenie baśniowej i realistycznej narracji może do czytelnika przemówić, do młodszych, jak i dojrzalszych odbiorców, albo i nie. „Miasto w chmurach” dopracowane jest w najmniejszych szczegółach. Ukazuje poszczególne momenty ludzkiej historii. Chociażby upadek Konstantynopola. Wieńczy koniec ery Bizancjum. Współczesny fundamentalizm i idealizm, który prowadzi jednostki do czynów drastycznych. Przyszłość woła o pomoc, a ludzie ratują się, jak mogą, jak tylko potrafią. Doerr w przedziwny sposób prowadzi swoją narrację, czy intrygę. Otwiera przed czytelnikami ogromne pole do rozważań i do przemyśleń.
„Miasto w chmurach”, to opowieść o ponadczasowości pewnych narracji, motywów i tropów, o snuciu historii, o sztuce, która przetrwa chociażby w przekazach, jeśli będzie pielęgnowana przez kolejne pokolenia.
„Niniejsza książka, w zamierzeniu autora, to pean na cześć wszystkich książek, została skonstruowana na bazie wielu innych dzieł”.
„Powieść najwięcej zawdzięcza tekstowi, który już nie istnieje: Cudom zza wyspy Thule Antoniusza Diogenesa”.
Mamy tu kunszt pisarski. Tak myślę, ale tylko dla wybranych. Ja do takich nie należę... Wiele trudu włożył w tę książkę tłumacz Jerzy Kozłowski...
Rok 1453, Konstantynopol pod oblężeniem Imperium Osmańskiego zaraz upadnie. Dobrze, że dziś nie ma imperiów, bo gdyby znowu takie imperium upadło…? Ale niektórym kolejny raz coś takiego się marzy. Tak czy siak, ale byłaby wielka strata dla nas współczesnych,
a może nie, bo imperia upadają, a jednak „z kolan” często powstają. Nie lepiej być skromniejszym? Ważne by naród był: syty, ubrany, by było mu ciepło, to i tak będzie szczęśliwy…
Zwykle tyle albo aż tyle mi się marzy, by bomby wokoło nas nie spadały, to i tak będę szczęśliwa.
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

Zapadlina
Robert Małecki

Autor należy do najbardziej cenionych autorów polskich powieści kryminalnych. Jest laureatem Nagrody Wielkiego Kalibru oraz Nagrody kryminalnej Piły. Politolog, filozof i dziennikarz…

„Niemal pół wieku temu na terenie kopalni w Wapnie po raz pierwszy zapadła się ziemia. Nikt nie zginął, lecz okolica zaczęła przyciągać nieszczęśliwe zdarzenia i pochłaniać tych, którzy mają coś do ukrycia…”

W jednym z wypadków uczestniczył osiemnastoletni Jacek Malinowski. Był synem emerytowanego policjanta i bratem obecnego pierwszego zastępcy komendanta powiatowego policji w Żninie. Pewnej październikowej nocy, przy drodze do Wapna, został odnaleziony biały motorower Jacka oraz jego kask. Kiedy ciała nie odnaleziono, śledztwo utkwiło w martwym punkcie. Wiele lat później kluczowy świadek zmienia zeznania i skłania tym Marię Herman do zbadania tropów z przeszłości.
Dochodzi też do napaści na miejscowego lekarza. Cała sprawa przyspiesza, kiedy Herman odkrywa, że w centrum wydarzeń stoi Olgierd Borewicz, jej niedawny partner. Oficjalnie przebywa na zwolnieniu, a nieoficjalnie drąży sprawę wypadku sprzed lat. Znał brata Jacka i zastępcę komendanta policji, Wojciecha Malinowskiego.
Oboje z Borewiczem mieli dużo szczęścia. Ich sukcesy wynikały jedynie z błędów popełnionych przez poprzedników. W nawale obowiązków, to i tamto im umknęło i trzeba tu przyznać, że szczęście im sprzyjało. Nie da się tego ukryć.
Autor skupia się nie tylko na zawodowym życiu obojga bohaterów, ale również na prywatnym.
Ciekawa jest ta dwójka. W zasadzie nic ich nie łączy prócz pracy nad dawną historią.
Nie łączy, ale autor ukazuje oboje w taki sposób, że nie ma się wątpliwości, że jedno za drugim skoczyłoby w ogień. Hazardzistka i seksoholik... Postawić na swoim ten pan też potrafi. Czyż nie tak? Mamy tutaj „przepychanki” pomiędzy małżeństwem w separacji, a także konflikt
z teściową Olgierda. Czy teściowa była w porządku? Zdaje się, że ani jedno, ani drugie...
Wykreowane przez autora postacie są ciekawe. Wręcz intrygujące. Zresztą nikt z nas nie jest idealny.
Poznajemy też losy Marii i Grocha, jej obecnego partnera, który zajmuje się remontem domu po rodzicach policjantki i walczy ze swoją byłą żoną.
Jacek Malinowski, jak podkreślają wszyscy, z którymi policjanci rozmawiają, był wrażliwym
i nieśmiałym chłopakiem. Ostatni raz był widziany w barze Niedzielskich. Do kogo należał kask? Ten z blond włosami? Dlaczego ojciec nastolatki postanowił nagle zmienić zeznania? Co mają z tym wszystkim wspólnego brat, ojciec zaginionego i Niedzielski?
Trzeba przyznać, że książka wciąga i budzi wiele emocji. To opowieść o tajemnicach, o braku
akceptacji, które można tuszować, ale które w końcu zawsze wychodzą na światło dzienne.
Może dlatego, że ten, który nie przeżył, potrzebuje spokoju i ziemi, w której wreszcie chciałby spocząć. Bo tej „słonej zupy” dostatecznie przez wszystkie minione lata się opił. Czyż nie tak?

Władysława Kicińska
DKK Rawicz

Niegodni
Roy Jacobsen

„Tego lata ręce sięgały głębiej w życie niż we wszystkie
wcześniejsze lata razem wzięte. Co drugi wieczór wchodzili
pojedynczo i znikali w cieniach miasta jak myszy w piwnicach bez
okien. Przełazili przez płoty, włamywali się przez bramy i kradli”.

Mamy tu trójkę przyjaciół: Carla, Olava i Roara. Muszą szybko dorosnąć, by przetrwać. Trwa
II wojna światowa. Autor w swojej powieści Niegodni zabiera nas do Oslo, stolicy Norwegii. Młodzi ludzie mają tu przyspieszony kurs dorastania. Jacobson ukazuje nam dzieciaki, które nie zawsze chodzą do szkoły. Można powiedzieć, że niektórzy chodzą w kratkę. Za to z dnia na dzień tworzą jakby taką lokalną grupę chłopców i dziewcząt, która na co dzień zajmuje się kradzieżami, oszustwami, fałszerstwami i „dogadują się” z okupantem. Wprowadzają sabotaż. Jednym słowem często działają na granicy prawa. Jest i tak, że nie wypełniają swoich obowiązków albo robią to byle jak, byle obcych mocno zabolało.
Nawet specjalnie się nie dziwię, bo czy faktycznie należy ich winić? Czy będąc w takiej sytuacji nie robilibyśmy tak samo? Przecież każdy z nas chciałby przeżyć. Tutaj też tak jest. Granice moralności wyraźnie się zacierają. Matki nie pytają skąd to czy tamto dzieciaki mają. Ważne, że przyniosły, że kolejny dzień przetrwają? Jeśli chodzi o te sprawy, to głuchną i ślepną. Mam się dziwić?
Autor próbuje kreślić tu dojrzewanie młodych ludzi w cieniu wojny. A my, czytelnicy, przyglądamy się, jak te dzieciaki „ślizgają się” pomiędzy chęcią przetrwania, jak pragną zachować człowieczeństwo. Na koniec staje się to formą oporu przeciwko okupantowi. Coś takiego ma mieć wymiar patriotyczny.
Niegodni jest też historią o przyjaźni i odwadze w obliczu zła. Możemy się zastanawiać, jak ci młodzi ludzie daleko się posuną, by przetrwać. Autor stawia nam tu pytanie na temat dobra i zła. Pyta nas o granice moralności. Czy istnieją zasady moralne, które powinny obowiązywać nawet w tak trudnych czasach? Czy przypadkiem nie powinno nas to skłonić do refleksji?
Autor ma bardzo oszczędny styl, który mi nie odpowiada i spodziewałam się więcej patriotyzmu, a ten według mnie się rozpłynął. Wszystko, co dzieje się w naszym ludzkim życiu, powinno być bardziej wyważone. Czy takie jest? Nie zawsze, a może i tak, i nie... Różnie z tym bywa...
Czy później, gdy minie ten zły czas, ten zły okres, to czy ci sami ludzie nie będą robili tak samo, jak w czasie, gdy okupant był w ich ojczyźnie? Mówi się „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”…
Władysława Kicińska
DKK Rawicz

Babel czyli o konieczności przemocy
R. F Kuang

Amerykańska pisarka fantasy, chińskiego pochodzenia. Ukończyła studia na Uniwersytecie Georgetown, studiowała na Uniwersytecie Cambridge…. W swojej twórczości skupia się na opowiadaniu o trudnych, wstydliwych czy dramatycznych wydarzeniach historycznych w sposób wolny od osądów, które nieuchronnie towarzyszyłyby literaturze faktu.


„Robin, osierocony pół-Chińczyk, trafia do Anglii, gdzie ma tylko jedno zadanie: uczyć się.
Ma zdobywać wiedzę, ma poznawać nowe języki, a potem odpracować dług wobec imperium
w oksfordzkim instytucie Babel. Wszystko zmienia się w dniu, a właściwie w nocy, gdy Robin poznaje pewnego człowieka. Bliźniaczo podobnego fizycznie, ale żyjącego według całkowicie innych zasad. To spotkanie zrujnuje misternie budowany świat Robina. Obróci w niwecz jego poczucie sprawiedliwości, wypali złudne poczucie bezpieczeństwa i zmusi do zadania sobie pytania: komu należy się moja wierność?
„W tej historii nie będzie prostych odpowiedzi ani gotowych recept. Będzie za to gorzka opowieść o wyzysku, niesprawiedliwości i bezwzględnej walce o władzę. Będzie nie mniej gorzka opowieść o próbie przywrócenia sprawiedliwości...”.

Robin Swift ma się zajmować tajemniczą gałęzią nauki, która ma w sobie łączyć moc przekładu z siłą srebra. Dzięki przeróżnym kombinacjom z odpowiednio dobranymi parami wyrazów
z przeróżnych języków oraz z siły samego kruszcu ma powstać jakaś nowa materia, która daje ogromną moc./ To mają być jakieś nowe czary – mary./ Ale jeśli ma to posłużyć do zbudowania śmiercionośnej broni, to już nie są żarty. A to wszystko ma się stać ku chwale Imperium Brytyjskiego, które wzbogaci się na sprzedaży innym państwom tej nowoczesnej technologii.
W tym miejscu można pomyśleć: byle sami po portkach nie dostali.
No dobrze, ale muszą coś takiego studentom narzucać? Nawet za cenę pozbycia się własnej tożsamości i własnych korzeni?
Coś takiego mi się nie podoba.
Wkrótce grupa starannie wybranych studentów odkrywa, jaką rolę mają odegrać. A sterują nimi bardzo wpływowe osoby. Do czego dążą? Możemy się domyślać...
Nie lubię fantastyki, a przynajmniej nie w tym „wydaniu”. Chcę wiedzieć, to święta prawda, ale niekoniecznie lubię oddzielać ziarna od plew. Nie mam na to czasu. Jeśli mnie coś interesuje, to co innego, ale mnie w tym przypadku coś takiego nie kręci. Mam uważnie czytać na temat etymologii? Ja nie jestem w tym kierunku wykształcona i nie jestem od zarządzania tym światem. Są na świecie tacy, co i tak zrobią po swojemu.
Myślę, że książka jest skierowana głównie do określonego odbiorcy. Pisarka, według mojej wiedzy, chciała za dużo w niej pokazać. Przez to jest o zbyt wielu rzeczach, o wielu szczegółach.
Nie podoba mi się profesor Richard Lovell. Może to rzecz gustu. Nie będę go oceniała, bo już
i tak się stało. Ale tak dzieciaka pobić? Po diabła zabrał go z sobą? Mały mógł zostać przy matce
i razem z nią umrzeć. Mógł obojgu pomóc. Pomógł jej, ale w czymś innym, a potem fora ze dwora. Zrobił to prawdziwie po męsku.
Początek powieści mi się podobał, ale jakiś czas potem wszystko zaczęło mi się rozmywać. Żywych ludzi prawie tutaj nie widać. Za to ciągle są jakieś niekończące się wykłady. Czego dotyczyły? Etymologii i kolonializmu? Czy ja tak dogłębnie chcę to poznać? Nie. Zostawiam to uczonym i politykom. Oni powinni te sprawy rozgryzać, bo od nich zależy nasze ludzkie być albo nie być.
Nie lubię zbyt chwalonych książek. Każdemu podoba się coś innego. Często książki pisane są
w taki sposób, jakby były tylko dla wybranych. Ale czy ci „wybrani” na tym się znają? Chcą coś takiego przeczytać, to czytają. Chociażby dla odprężenia się po bardziej absorbującej, żmudnej czy uciążliwej pracy. Albo... chcą coś więcej poznać? Akurat. Może niektórzy potrzebują tylko dostać „fajny” papier albo gdzieś się pokazać, by inni zobaczyli, jaki on jest wielki, jaki wspaniały,
a pozostali to wielkie nic.
Nie chcę się wymądrzać, ale tak ostatnio o tych mądralach myślę, bo ci mądrzy i ważni często są oderwani od rzeczywistości…
Nie powiem nic więcej. Ugryzę się we własny jęzor i już. Według mnie tak będzie dobrze, bo wielkość i mądrość zwykle ma różne odcienie, jak coś takiego się kończy? Można sobie dopowiedzieć…
Współczuję autorce, bo poświęciła na napisanie tej książki wiele cennego czasu. Tłumaczowi również, bo też nieźle przy niej się napocił. Ilustracje… niestety, ale ja tak „skrobać” nie potrafię. Wydawnictwo przy niej też się napracowało…
Wiem. Czytelniczka z pewnością jest do niczego. Jest beznadziejna, ale jaki nasz świat byłby smutny, gdyby nie było takich ludzi, jak ja, prawda? Bo ci inni, ci mądrzy, to często też nie jest to ani miód ani malina...
Kicińska Władysława
DKK Rawicz

 
„Tokio. Opowieści z Dolnego miasta” Piotr Milewski
październik 2024

Drukarz, wytwórca tofu, fryzjer bossa yakuzy, wróżbita, kapłan buddyjski, bezdomny.
Co ich łączy? Nic nadzwyczajnego. Wszyscy mieszkają w dawnym Dolnym Mieście.

Tokio, to dawne Edo i jedna z największych metropolii na świecie. Miasto to ma mieć wiele twarzy. Od samego początku, bo na przełomie XVI i XVII wieku, miasto było podzielone na dwie części: na Shitamachi, czyli Dolne Miasto i Yamanote, czyli Miasto na Wzgórzach.
To pierwsze było niewielkie, plebejskie. Zamieszkiwali je rzemieślnicy, kupcy, tragarze, artyści
i kurtyzany. To drugie bardziej dostojne było siedzibą arystokracji i duchownych buddyjskich. Przez lata zatarły się granice pomiędzy obiema częściami, ale mieszkańcy dawnego Dolnego Miasta wciąż jeszcze zachowują pamięć i tradycje sprzed wieków.
Autor po takim mie


Strona używa plików cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.